Bez kankana z izolacją i bez szprychy

Piątek, 3 czerwca 2016 · Komentarze(7)
Na wieczornym spotkaniu ze znajomym Damiana narodził się pomysł wyjazdu nad jezioro Lago di Cancano. Żeby nie było... to nie miało być leniuchowanie - jezioro leży ponad 1900 m n.p.m. Ma być krótko, w sumie jakieś 18km w jedną stronę i... kilometr w pionie :-)

Wyjeżdżamy spokojnie. Trochę chłodno, ale po to się założyłem coś cieplejszego pod koszulkę. Po trochę ponad 6km mamy skręcić w góry i mały zonk, bo jakiś miejscowy mundurowy nie chce nas wpuścić. Słyszę tylko Cancano izolacia. Jak izolacja to trudno, choć gość tłumaczy coś o 4km. Jedziemy. 

Tu już kiedyś jechałem © djk71


Po 4km okazuje się, że wiem co co chciał powiedzieć. Isolaccia to nazwa miejscowości ;-)

Chwila wahania co robimy dalej, czy jezioro czy Livigno  i jest decyzja. Jedziemy nad jezioro. Od razu zaczyna się ostry podjazd i... deszcz.

W górę © djk71

Jak zwykle jadę swoim tempem. Pada coraz mocniej. Okulary parują ale wspinam się coraz wyżej.

Gdzie teraz? © djk71

Jest zimno. Oczywiście przeciwdeszczówka znów się sprawdziła. Została na kwaterze i nie zmokła...

Jest mi coraz zimniej do tego coś zaczyna mi strzelać w rowerze. Szukam, ale nie widzę co to. Jadę jeszcze kawałek. Dalej stuka,a mnie jest coraz zimniej.

W górę choć mokro © djk71

Dzwonię do Damiana, że wracam. To też nie jest takie proste. Na cienkich oponach, po mokrym asfalcie, z górki... Pewnie można się tu nieźle rozpędzić. Ja mam ręce zaciśnięte na klamkach i jadę 15-18 km/h. Kiedy zjeżdżam do miasteczka termometr pokazuje 12 stopni. Ciekawe ile było u góry?

Ładnie tu © djk71

Nic dziwnego, że jest mi zimno. Wracam dzwoniąc zębami. Fajnie, że się ruszyłem, ale głupio, że taki nieprzygotowany.

Czekam na światłach © djk71

W domu znajduję przyczynę dziwnych dźwięków...

Zerwana szprycha © djk71


Zerwana szprycha. Świetnie, tylko tego mi teraz potrzeba.


Festa della Repubblica i gelato

Czwartek, 2 czerwca 2016 · Komentarze(2)
Po wczorajszej wycieczce dziś czas na odpoczynek. Do południa. Potem jednak pada pomysł wyjazdu na kawę, do któregoś z ościennych miasteczek. Jedziemy.

Dziś Święto Republiki więc spodziewam się dużej liczby flag. W końcu dotychczas już w wielu miejscach i na różne sposoby widziałem jak Włosi pokazują swoje przywiązanie do barw narodowych. Dziś jestem zaskoczony. Wcale nic więcej nie widać. Jedna z flag przy cmentarzu, gdzie przez ciekawość się zapuszczamy.

Flaga przy cmentarzu © djk71

Kawałek dalej jeden z kierowców zawraca nas tłumacząc, że to nie jest najlepsza droga.

Wracamy na znany nam odcinek.

Jechać się chce © djk71

Po chwili zaczyna padać. Zakładam kurtkę i mkniemy do Sondalo. Mimo święta knajpki są otwarte. Jakże mogłoby być inaczej. Chwilę zastanawiamy się gdzie się zatrzymać, ale napis Gelateria wygrywa. Jak tu we Włoszech nie zjeść lodów :-)

Chwila przerwy na kawę i lody (tyle kawy ile tu, to przez ostatnie trzy late nie wypiłem) i pora ruszać w drogę powrotną. Po wyjeździe z miasteczka rozstajemy się, ja jadę swoim tempem. Wiem, że czeka mnie 10% podjazd, który pierwszego dnia mnie pokonał. Tym razem daję radę. W nogach jednak mniej niż wtedy.

Spocony, mokry zatrzymuję się by założyć kurtkę. Staję obok kapliczki gdzie chyba kiedyś rozegrała się jakaś tragedia.

Coś tu się stało © djk71

Teraz już wiem, że będzie prosto. Nawet jeśli pod górkę, to najgorszy podjazd za mną.
Szybko docieram do domu. To jeden z ostatnich wyjazdów w czasie tego urlopu.

Lago di Garda, czyli 3178 m w poziomie...

Środa, 1 czerwca 2016 · Komentarze(5)
Przeziębienie wciąż nie mija, ale szkoda każdego dnia. Dziś w planach jezioro Garda. Trochę się o nim naczytaliśmy, w niektórych miejscach nawet byliśmy, ale bez rowerów, pora więc sprawdzić jak to wygląda rowerowo. Niestety mamy tylko cienkie oponki więc z założenia odpadają trasy MTB, a szkoda, bo jest tu ponoć gdzie jeździć.

Parkujemy na południu w Desenzano del Garda. Damian decyduje się zacząć od pływania, a ja ruszam w drogę. Pewnie mnie wkrótce dogoni. Zdecydowaliśmy się objechać jezioro dookoła. Ok. 150km o ile starczy mi sił.

Jadę i już po chwili nie podoba mi się ruch samochodowy. Mimo, że wszyscy wyprzedzają mnie w miarę bezpiecznie to nie lubię takiej jazdy. Do tego zaczyna się chmurzyć.

Chmury ciemne © djk71

Tuż za mną po lewej stronie goni mnie ciemna chmura. Oczywiście przeciwdeszczówka została w domu. Bardziej niż zmoknięcia boję się jednak jazdy po mokrym na cienkich oponach. Zobaczymy. Najwyżej zawrócę.

Przed wjazdem do Salo, które miałem już kiedyś okazję odwiedzić, zatrzymuję się przy... cmentarzu. Robi niesamowite wrażenie. Zresztą nie tylko ten.

Cimitero di Salò © djk71

Przejeżdżam przez Salo. Choć piękne, to dziś nie robi takiego wrażenia jak kiedyś - wieczorem jednak wszystko wygląda inaczej... bardziej malowniczo... nastrojowo...

Przede mną Salo © djk71

Krótka rundka po miasteczku i... żal, że nie ma czasu, aby obejrzeć każde z miejsc na spokojnie. Co chwilę chciałbym się zatrzymać, aby zrobić zdjęcie, ale raz, że czas ograniczony, a dwa, zbyt duży ruch żeby go co chwilę blokować... Musi mi wystarczyć to co zapamiętam.

Zjechałem trochę na boczne drogi i znów chce się jechać.

Piękna droga © djk71

Ta też...

Przed Salo © djk71

Chmury wciąż ciężkie, ale jadę. W okolicach Maderno dzwoni Damian. Utknął w ulewie. Jest jakieś 15km za mną. Ja decyduję się jechać dalej, On chyba zawróci i spróbuje ruszyć mi naprzeciw z drugiej strony jeziora.

Wszechobecne kościoły © djk71

W okolicy San Giacomo (o ile pamiętam) dojeżdżam do pierwszego dziś tunelu. Włoszka, z którą się mijałem od jakiegoś czasu, macha ręką na pożegnanie i decyduje się na powrót. Czyżby to było aż tak straszne?

Jeden z pierwszych dziś tuneli © djk71

Włączam lampki i jadę. Hm... ciekawe przeżycie, niestety w większości nie ma pasa awaryjnego, pobocza, czy innego miejsca gdzie rowerzysta mógłby czuć się swobodnie. Podziwiam kierowców, którzy ze spokojem jadą za mną czekając, aż będą mogli mnie wyprzedzić.

Takich tuneli będzie dziś ok. 30! Jedne krótkie, po 100-200m, inne dłuższe. Najdłuższy ma 3178m długości.

Hoteliki i restauracje przy drodze wykorzystują każdy kawałek miejsca.

Aż chce się zatrzymać © djk71

Droga wije się wzdłuż jeziora. Po jednej stronie woda, po drugie góry...

Droga wije się © djk71

W Limone, aż prosiłoby się żeby stanąć na limonkę, ale znów miasto zostaje w dole, a ja jadę górą...

W Limone © djk71

Kolejne tunele za mną...

Kolejny tunel © djk71

Na horyzoncie Riva del Garda

Riva del Garda © djk71

Od razu po wjeździe w oczy rzuca się tłum... rowerzystów. Do chyba cel wielu rowerowych wyjazdów. Stoliki w knajpkach pełne...

Riva del Garda © djk71

Miasteczko bardzo urokliwe. Zastanawiam się, czy nie zrobić sobie dłuższej przerwy. Za mną 65km i może pora coś ciepłego zjeść...


Riva del Garda © djk71

Dzwonię do Damiana. Jedzie z przeciwka. Ustalamy, że jest szansa spotkać się za jakąś godzinę. Odpuszczam postój i jadę dalej. Zamiast zaplanowaną wcześniej trasą jadę jedną z rowerówek wiodącą wzdłuż wybrzeża. Z żalem opuszczam miasteczko.

Jadę teraz wschodnią stroną jeziora. Co chwilę mijam się z parą Czechów. Jadę szybciej, ale gdy tylko zatrzymuję się, aby zrobić zdjęcie to mnie doganiają.

Te okolice to raj dla dla kite-i wind- surferów... co oznacza, że nie jest to raj dla rowerzystów.


Im się wiatr podoba © djk71

Od kilkudziesięciu kilometrów wieje jak diabli.
Tak przy okazji, kto powiedział, że w tunelach nie wieje? Przeciąg jak nie wiem... Nie dość, ze chłodno to jeszcze ciężko się jedzie...

Choć zachodnia strona jeziora wydaje się być o wiele ładniejsza, to i tu nie brakuje ładnych widoków.

Ładnie tu © djk71

Zaczynam czuć głód. Zatrzymuję się przy małej knajpce i dzwonię do brata. Okazuje się, że jest ok. 10 km ode mnie. Zbieram rzeczy i jadę mu na przeciwko.

Tu też ładnie © djk71

Spotykamy na moim ok. setnym kilometrze. Coś nie w sosie jest. Nie jedzie wokół jeziora. Wraca ze mną.
Może pizza w Torri del Benaco poprawi mu humor :-)

Czas na odpoczynek i pizzę w towarzystwie brata © djk71

Pizza pyszna, choć za duża jak dla mnie. Wystarczyło wziąć jedną na pół. Przed nami przecież dalsze kręcenie.
Ruszamy, rzut oka na zamek...

Zamek w Torri del Benaco © djk71

Przez jakiś czas siedzę bratu na kole, ale na podjazdach mi ucieka. Po 125km zaczyna... padać Nie podoba mi się to :-(

Do Sirmione dojeżdżam sam. Wciąż pada.

W Sirmione pada © djk71

Chcę dojechać na sam koniec półwyspu, do ponoć najładniejszej części miasta, ale  wracający stamtąd Damian informuje mnie, że za jakieś 200m jest zakaz jazdy rowerem. Nie uśmiecha mi się spacerowanie w deszczu, szczególnie w tych butach. Wystarczyło, że się na chwilę zatrzymałem i już zdążyłem się poślizgnąć.

Trudno, będzie powód żeby tu wrócić. Wracamy do samochodu.

Jeszcze rzut oka na centrum Desenzano.

Desenzano - centrum © djk71

Ostatni rzut oka w stronę jeziora...

Nikt nie pływa w taką pogodę © djk71

I czas  wracać na kwaterę.

Zmęczony, zmoknięty, ale zadowolony. Czy powtórzyłbym to? Chyba nie. Za duży ruch, choć to dopiero pierwszy czerwca, za dużo fajnych miejsc na zachodniej stronie pominiętych. Za dużo w tunelach.
Gdybym miał okazję być tu raz jeszcze to pokrążyłbym na spokojnie po każdym z tych miasteczek na południu i zachodzie.  I oczywiście chętnie zaliczyłbym trasy MTB :-)

Mimo tego podsumowania jeszcze raz powtórzę: jestem zadowolony z przejazdu. Świetny dzień :)

Nie wiem tylko czemu mam ścierpnięty mały palec u lewej ręki... zła pozycja na rowerze?




Zimno, czy gorączka?

Wtorek, 31 maja 2016 · Komentarze(5)
Po wczorajszym paskudnym, zimnym i mokrym dniu, dziś... prognozy są nieco lepsze, ale tylko nieco... Znów deszcze i burze.
Mimo to decydujemy się pojechać do Livigno. Łatwo nie będzie. Sporo w górę. Wbrew złemu samopoczuciu, wbrew temu, że kaszlę jak stary gruźlik, jadę.

Wyjeżdżam z miasta z Damianem, po czym on rusza swoim tempem. Mimo, że ubrany jestem cieplej niż w poprzednie dni, jest mi zimno. Kawałek za Bormio zatrzymuję się i zakładam rękawki. Niestety niewiele to pomaga.

Chmury nisko © djk71

Chwilę później zatrzymuje się i zakładam wiatrówkę. O ile zwykle jest różnica to dziś dalej mną telepie... Czyżbym jednak miał gorączkę? Nie wiem. Zaczyna padać. W sumie nie mocno, ale wystarczająco żebym zawrócił. Jeśli teraz jest mi zimno, to co będzie jak będę mokry. Nie ma to sensu.

I wszędzie na wzgórzach kościoły © djk71

No to pojeździłem... :(
Wściekły wracam do pokoju. Ciepły prysznic niewiele pomaga. Jestem zły. Do tego lista nieodebranych telefonów... Nie chce mi się oddzwaniać... Nie teraz. Właściwie nie powinienem wcale... Mam urlop... Mam mieć... Nie, nie dzwonię, idę do łóżka... Tego tylko potrzebuję...

Może jednak trzeba było w pracy zostać... Przynajmniej bym się tak nie wściekał... Chyba...

Urlop, czyli dlaczego nie potrafię...

Poniedziałek, 30 maja 2016 · Komentarze(3)
Czwarta nad ranem, może sen przyjdzie... powinienem zacząć jak śpiewają klasycy, ale tak nie jest. Dopiero dwudziesta trzecia, a ja od jakiegoś czasu znów nie śpię, znów jestem wyspany... Przespałem przecież 2-3 godziny. Kilka miesięcy temu pisałem o śnie, nic się nie zmieniło...
Myślałem, że na urlopie odpocznę. Od wszystkiego co mnie męczy... co mnie otacza... Ale... nie potrafię...

Zasadniczo, choć jestem tu od czwartku, to dziś dopiero minął pierwszy dzień urlopu. Wcześniej to był tylko długi weekend. I jak minął ten dzień?

W deszczu, chłodzie, chorobie, chyba z temperaturą, nad firmowymi mailami, z głową myślącą o tysiącu różnych problemów, nie zakończonych, a czasem nawet nie rozpoczętych spraw. I tak ma wyglądać urlop? I jeszcze tak przez tydzień? Porażka, już się boję...

Padający przez cały dzień deszcz, temperatura około 7-9 stopni (choć jeszcze 3 dni temu w słońcu było ok. 40) i przeziębienie (a mam wrażenie, że coś poważniejszego) sprawiły, że dziś nici z rowerowania, z biegania, z aktywności fizycznej.

Nie mam chęci nawet wyjść na spacer, bo po co? Moknąć i marznąć...? Poza tym jakoś mnie nie przekonuje włóczenie się bo niewielkiej mieścinie, która jest już po sezonie zimowym, a dopiero przed letnim. Nie to żebym lubił tłumy turystów, ale miasteczko jest jakieś takie na wpół wymarłe... Mimo fantastycznych gór wokół, nie poczułem tego, co często każe mi się powłóczyć po ścieżkach, po bocznych uliczkach w poszukiwaniu... niczego... ciszy... samego siebie...

Pozostało siedzenie w pokoju, a tego nie cierpię... Nie lubię nic nie robić. Wolę wrócić zmęczony, padnięty, ale zadowolony, że coś zrobiłem...

A dziś jedyne co zrobiłem to odpowiedziałem na kilka firmowych maili..., choć i tak nie na wszystkie, więc X osób będzie miało do mnie pretensje... A i tak już niektórzy mają (a inni będą mieli po powrocie) problem z tym, że wyjechałem na kilka dni... Chore to jest... Miał być urlop m.in. od pracy... Od jakiegoś czasu nie da się... Bez sensu...

Wróciły myśli o innych problemach... Nie da się ich zabić, wyłączyć... A nie pomagają w odpoczynku... Tak samo, jak Ci co o nich przypominają... Chciałem uciec od kilku spraw choć na chwilę, a może nawet poukładać je sobie i uciec na dłużej, albo znaleźć jakieś rozwiązanie, ale nie da się...

Ciekawe czy kiedyś uda się wyjechać na prawdziwy urlop, taki z odpoczynkiem, relaksem, taki, którego nikt nie będzie wypominał... nie będzie wbijał w poczucie winy... Taki, gdzie będzie można usiąść, czy to nad brzegiem jeziora, czy na polanie w górach i po prostu być. Czy to samemu, czy z rodziną, czy z kimś zupełnie obcym... Ale z kimś kto po prostu będzie zwyczajnie chciał być... i nic więcej...

Kamienie, czy droga? © djk71





Passo di Gavia, czyli porażka i rekord

Sobota, 28 maja 2016 · Komentarze(10)
Wczorajszy dzień dał mi nieźle w kość. Od 2:30 regularnie się budziłem. Tak reaguję na zmęczenie. Dziś w planach dystans co prawda o połowę krótszy, ale za to podjazd zacny. Chcemy (?) podjechać na Passo di Gavia (2621 m n.p.m). Nie jestem pewien, czy to dobry pomysł, ale jadę. Wyjazd z miasta i decydujemy się na samotną jazdę. Wiadomo, że brat pojedzie znacznie szybciej. Ja jadę swoim tempem. W planach tylko ok. 28 km w jedną stronę i 1458m podjazdu. Zobaczymy.

Początek w miarę łagodny.

Łagodnie przez miasteczko © djk71

Kiedy jednak człowiek odwraca się za siebie widać, że pnie się w górę.

Z tyłu jednak widać, że podjeżdżam © djk71

Wczoraj narzekaliśmy na wiatr, dziś narzekam, że go nie ma. Leje się ze mnie bardziej niż na spinningu. Postój obok kapliczki.

Postój obok kapliczki © djk71

Po chwili przejazd przez gallerię :-) Na szczęście nie handlową.

Galleria © djk71

Robię kolejne postoje. Średnio co 1-2km. Nie jest łatwo.

Podziwam motylka © djk71

Widoki zachęcają jednak do jazdy.

Chce się jechać © djk71

Pobijam rekord wysokości, na którą wjechałem rowerem. Dotychczas najwyżej byłem na Śnieżce.

Tak wysoko jeszcze nie byłem © djk71

Zakręty robią wrażenie, szczególnie kiedy pomyślę że trzeba będzie tędy zjeżdżać.

Zakręty robią wrażenie © djk71

Jest coraz trudniej, a za mną dopiero 17km.

Nie wolno, a jak już to z ograniczeniami © djk71

Teraz zatrzymuję się co jakieś 500m. Nie wróży to dobrze.

Coraz wyżej © djk71

Po 19km spotykam Damiana, który już wraca. mimo to postanawiam jechać dalej. Udaje się 200m. Postój. Zakładam rękawki. Jem batona. Ruszam dalej. Kolejne 100m i znów staję. To nie ma sensu. Przede mną jeszcze jakieś 8km w tym tempie i z tyloma przerwami nie dam rady. Brak kondycji, wczorajsze zmęczenie, wysokość... decyduję się zawrócić. Żal, że nie dojechałem do celu, ale i tak jest rekord wysokości - 2132m n.p.m. Dotychczas rekordowa była Śnieżka

Dalej nie podjadę © djk71

Zakładam kurtkę i.. czas na zjazd.
Wcale nie jest łatwiej. Wąska droga, mnóstwo zakrętów, spore nachylenie. To wszystko oznacza, że mam dłonie zaciśnięte na klamkach. Mocno. Za mocno, aż mi drętwieją. Na szczęście od miasteczka jest lepiej. Droga szersza i już nie ma takich zakrętów.

Powrót do Bormio © djk71

Po drodze można znów uzupełnić wodę. Dziś nie mam takiej potrzeby.

Dla spragnionych © djk71


Nic dziwnego, że tu tylu rowerzystów i motocyklistów. Każdy hotel reklamuje się jako "for bikers". Jeśli chodzi o rowery to tu rosną nawet na drzewach :-)

Rowery rosną na drzewach © djk71


Wracam zmęczony. O wiele bardziej niż wczoraj. O dziwo pomimo tego, że nie wjechałem na przełęcz to zadowolony. Ale zmęczony. Bardzo.



Debiut we Włoszech i Szwajcarii

Piątek, 27 maja 2016 · Komentarze(11)
Dałem się bratu namówić na urlop. Trochę bez sensu, bo w totalnie złym okresie, bo bez przygotowania, bo aż 6 dni wolnego (pierwszy raz od dawna, a ile w pracy było zdziwienia - Ty, na tak długo?). I do tego... w górach. Nie wiem jak mu się udało to zrobić, ale namówił mnie i przyjechaliśmy wczoraj do Bormio.
Dziś poranne zakupy - supermarket nieco (mocno) droższy niż Biedronka, ale wyboru nie było. Montaż nawigacji, kamer, wszystko trwa zdecydowanie za długo, ale jutro będzie już prościej.

Wieczorem wybraliśmy wstępnie trasę - cel: Szwajcaria. Tam jeszcze nie byłem rowerem. We Włoszech też jeszcze nie jeździłem. Więc dziś dwa nowe kraje. O ile dojedziemy, a właściwie o ile ja dojadę, bo o Damiana się nie martwię.

Jedziemy, początek w dół, ale łatwo nie jest bo... wieje. Potwornie. Nawet trudno rozmawiać. Za to jest czas podziwiać widoki.

Damian próbuje udawać miejscowego ;-)

Szwajcarski akcent © djk71

Do Tirano, pierwsze 38km jest z górki.

Pięknie jest © djk71

Uwielbiam te kościoły © djk71

Mosty, wiadukty © djk71

Za chwilę przekroczymy granicę szwajcarską i stąd mamy 500m podjazdu na odcinku 7km. Łatwo nie jest. W sumie podjazd jak pod Śnieżkę. Tyle, że po asfalcie i połowa dystansu.

Będzie pod górkę © djk71

Damian pojechał do przodu, a ja walczę. Ze sobą, z podjazdem, z temperaturą. Momentami w słońcu termometr pokazuje ponad 40 stopni :-(

Ciepło © djk71

Jest ciężko. Udaje się jednak podjechać. Meldujemy się nad jeziorem Lago di Poschiavo. Zasadniczo nic tu ciekawego nie ma, ale potrzebuję przerwy.

Szwajcaria © djk71

Po chwili powrót. Zjazd z górki. Hamulce idą w ruch :-)
Mijamy granicę i krótki postój na kawę w Tirano.

Czas na kawę © djk71

Zastanawiam się co jeździ po torach przez centrum miasta, przez rondo...

A przez rondo pojedzie © djk71

Po chwili wiem... mija nas... pociąg :-)

... pociąg © djk71

Chwilę później ruszamy i zacznie się prawie 40km podjazd. Żegnamy się z Damianem, po co ma się męczyć...
Jadę swoim tempem.

Rowerzyści rządzą © djk71

Słońce dalej grzeje. Po kilkunastu kilometrach w bukłaku pustka. Na szczęście jest wodopój. Nie wiem, czy ta woda nadaje się do picia, ale jest mi wszystko jedno. Chwila przerwy. Bukłak pełny, Mogę jechać dalej.

Jest woda © djk71


Kilka kilometrów dalej robię postój na przystanku. Jest ciężko. Chodzi mi pogłowie myśl, aby zadzwonić po samochód... Jednak po przerwie próbuję walczyć dalej. Nienawidzę słońca.

I znów kościół © djk71

Nie pamiętam gdzie, ale zatrzymuję się pod jakimś kościołem. Jest cień, jest zimna woda. Odpoczywam. Siedzę tam chyba z pół godziny. Nie mam siły. Co zmoczę buffa to po chwili wysycha. W końcu ruszam dalej. Wciąż jest ciężko. Słońce i podjazdy dają w kość.

Szukam sklepu, ale też nie jest łatwo. W końcu jest. Cola!!! Tego potrzebowałem. Znów przerwa i znów walka. Podjazd 10% i jadę. Do pewnego momentu. przerwa i jakieś 500m prowadzę rower. Zasadniczo niewielka różnica. Prędkość 4,5 km/h zamiast 5,5km/h i puls 180 zamiast 188. Potem jest łatwiej. Wciąż muszę się wspinać, ale jest łatwiej. Odliczam kilometry.

Piękne góry © djk71

I jesteśmyw domu © djk71

Po 100km docieram do Bormio. Damian oczywiście był tu dożo wcześniej. Za to nie ma kolejki pod prysznic i... obiad gotowy :-)
Zmęczony, ale zadowolony. Ciekawe, czy jutro będę w stanie się ruszyć ;-)



OrientAkcja, czyli pojedynek z szermierzami

Sobota, 21 maja 2016 · Komentarze(3)
Uczestnicy
Jakoś nigdy nie udało mi się dotrzeć na OrientAkcję, choć Amiga wspominał, że to całkiem fajna impreza. W tym roku do samego końca też nie byłem pewien, czy się uda. Ale kusiło. Impreza w tym roku (dwie edycje) jest częścią Puchar Bike Orient, zapowiadają ładną pogodę, poza tym w końcu chciałbym wrócić na trasy imprez na orientację. Żona mówi, że mogę jechać więc... jadę ;-)

Pierwszy sukces już w trakcie dojazdu samochodem do Zofiówki koło Tuszyna. Po drodze wyprzedza mnie Grzesiu, a jednak to ja melduję się w bazie pierwszy. Śmieję się, że oby tak było do końca dnia...  Drugi sukces już po chwili... udaje mi się dostać od organizatorów drugą kartę startową, bo... pierwsza gdzieś się zapodziała, nie wiem, czy wiatr mi ją gdzieś porwał, czy gdzieś wypadła...

Sporo czasu na starcie na przygotowanie się, na powitanie ze znajomymi, na krótkie rozmowy i żarty. Przy okazji ekipa szermierzy zwraca mi uwagę, że z moje opony NobbyNic to teraz semi-slicki... Lepiej było nie wiedzieć, teraz się będę stresował.

Po chwili odprawa. Na starcie ponad 200 osób. Na trasie do zdobycia 22 punkty. Ci, którzy zdobędą 12 lub mniej będą klasyfikowani na trasie MEGA, pozostali na trasie GIGA - optymalny wariant na długiej trasie to ok.100km. Oczywiście planuję całą trasę, choć nie wiem czy będę miał tyle sił. Mapa w skali 1:55 000. Jak się potem okażę będzie to miało znaczenie. Aramisy, czyli Basia, Grzesiek i Filip proponują mi wspólną jazdę, ale dziękuję i decyduję się jechać samotnie.

PK 5 - Brzeg rzeki
Na początku nie jest to takie proste, bo mimo, że można zacząć od dowolnego punktu to zawsze do najbliższych punktów ciągną się sznury rowerzystów. Tak samo jest tutaj. Nawet nie trzeba patrzeć na mapę, jedzie się jak po sznurku. Wracając z punktu mijam szermierzy, którzy dopiero tam zmierzają.

PK 16 - Szczyt wzniesienia
Prosta droga do kolejnego punktu. Podobnie jak na Bike Oriencie, tu również mnóstwo osób startuje całymi rodzinami. Widać przyczepki, sztywne hole i foteliki :-)

Da się z dzieckiem? Da... :-) © djk71

Zjeżdżając z punktu znów mijam szermierzy ;-)

PK 4 - Szczyt wzniesienia
Punkt wydawał się prosty, mijam leśniczówkę, przy kapliczce skręcam w lewo i po chwili mam punkt.
I tak próbuję, skręcam i... punktu nie mam. Krążę wokół i nic. Tracę kilka ładnych minut żeby po chwili cofnąć się do drogi, którą jechałem i... okazuje się, że kawałek dalej była kolejna kapliczka, ta przy której miałem skręcić. A wystarczyło tylko pomierzyć odległość :-(
Spotykam Dawida i do punktu jedziemy razem.

Nie wszędzie jest łatwo © djk71

PK 11 - Grobla
Do punktu docieramy razem z Dawidem. Spotykamy oczywiście... szermierzy. Jak się potem okaże będę z nimi mijał się przez cały dzień ;-)
Z punktu wyjeżdżamy wspólnie, ale na rozwidleniu dróg rozjeżdżamy się w różne strony.

PK 15 - Skrzyżowanie ścieżki z rowem
Prosty punkt, nie będę pisał kto po chwili dojeżdża :-)
Jest ciepło, ale zaczyna się chmurzyć.

Chmurzy się © djk71

PK 7 - Brzeg rzeki
Prosty punkt

PK 18 - Zakręt rowu
Kilka kilometrów asfaltem, mam wrażenie, że przez chwilę trochę wieje.
Podbijam kartę i nie będę pisał kogo spotykam ;-)

PK 1 - Szczyt wzniesienia
Tu daje o sobie znać nietypowa skala i... skręcam 100m wcześniej, niby wszystko pasuje tylko nie widać wzniesienia. Po chwili orientuję się co zrobiłem i decyduję się jechać na azymut. Idealnie wyjeżdżam wprost na punkt. Zjeżdżając dowiaduję się, że na kolejne zawody muszę zmienić plecak. Aramisy informują mnie, że już nie szukają małych kartek z oznaczeniami punktów tylko patrzą gdzie jest mój pomarańczowy odblaskowy plecak ;-)

PK 10 - Brzeg rzeki
Chwila wahania, ale rodzinka z dziećmi naprowadza mnie na punkt.

Po której stronie jest punkt? © djk71

Mój plecak znów naprowadza moich znajomych ;-)
Zastanawiam się, którędy wyjechać z punktu, ale wybieram drogę dookoła, wydaje się pewniejsza. Na asfalcie spotykam grupę, która wybrała przedzieranie się przez chaszcze i mokradła :-) Czas ten sam, tylko ja jestem suchy :)

PK 19 - Skrzyżowanie przecinek
Jedziemy razem. Ależ oni cisną...
Na punkcie czas coś zjeść.

PK 9 - Grzbiet wydmy
Jedziemy wspólnie. Jak zawsze w tym towarzystwie jest wesoło, ale łapię się na tym, że po raz kolejny nie koncentruję się na mapie. To jest to czego nie lubię przy jeździe w grupie. Łatwo się rozkojarzyć. Punkt zaliczony. Po wyjeździe na asfalt uciekają mi. Nie próbuję ich gonić. Zaczynam tracić siły, jadę swoim tempem.

PK 2 - Grobla, przy strumieniu
Przy punkcie znów ich doganiam. Pora znów uzupełnić energię.

Kiedyś tu chyba było coś więcej © djk71

PK 13 - Brzeg wyrobiska
Punkt prosty.

Jest kolejny punkt © djk71

Basia z chłopakami robią przerwę.

W oddali popas © djk71

Ja jadę dalej. Do najbliższego sklepu. Tam uzupełniam płyny i ruszając spod sklepu wyjeżdżając wprost na... sami wiecie kogo :-)

PK 17 - Głaz
Ekipa pojechała przez Boryszów, ja przez Grabicę. Można było skrótem jako oni, ale piachy, których tu pełno dały mi już w kość i wolę jednak nadłożyć drogi, ale jechać po asfalcie. Widać brak kondycji, niestety półtora roku przerwy w treningach wychodzi...
Jakiś kilometr przed punktem... spotykam oczywiście tych, którzy wybrali skróty ;-) Do punktu dojeżdżamy wspólnie.

Głaz © djk71

Krótka wymiana zdań i ja jadę na trójkę, a oni na dwadzieścia jeden.

PK 3 - Złączenie strumieni
Znów wybrałem prostszą lecz dłuższą drogę. Niestety już wiem, że te siedem godzin czasu jakie mieliśmy do dyspozycji to trochę za mało. Gdybym nie pobłądził przy dwóch punktach to może by była szansa na komplet, a tak odpuszczam PK21 i PK6.
Trochę błotnista ścieżka. Chłopak jadący za mną z dzieckiem na foteliku wywraca się, dziecko zaczyna płakać. Zatrzymuję się, ale widzę, że po chwili jadą dalej. Ruszam podbić kartę. Gdy mijamy się obok punktu dziewczynka już jest uśmiechnięta :-)

PK 22 - Skrzyżowanie ścieżek
Zaczyna padać. Zakładam kurtkę. Na szczęście to tylko przelotny opad. Po chwili znów się rozbieram.

PK 14 - Przecinka zagłębienie terenu
Kogóż my tu spotykamy ;-) Okazuje się, że po drodze Grzesiek wyrwał wentyl i musieli wymienić dętkę. Ale znów mnie dogonili. Ruszam dalej. Przede mną ostatnie trzy punkty.

PK 8 - Zagajnik
Zagajnik, łatwo powiedzieć... Po drodze same zagajniki :-) Na szczęście ten jest u zbiegu dwóch ścieżek. Karta przedziurkowana, siadam na rower i w oddali słyszę znajome wołanie ;-) Znów są :-)

PK 12 - Skrzyżowanie ścieżki
Trzeba pędzić, bo na asfalcie pewnie mnie zaraz dogonią. Ale nie, przy punkcie jeszcze ich nie ma. Planowałem wrócić i jechać od zachodu do ostatniego punktu, ale wyjechałem na szeroką drogę wiodącą na wschód i skorygowałem plan.

PK 20 - Brzeg lasu, zrośnięte drzewo
Trochę za bardzo się rozpędzam, ale szybko to zauważam i znajduję właściwą ścieżkę w lesie. Po chwili jest punkt. Spoko, jeszcze sporo czasu do końca. Zdążę.

Meta
Na metę przyjeżdżam jakieś 20 minut przed końcem czasu. Pewnie gdyby nie błądzenie dałbym radę zaliczyć komplet, a tak brakło dwóch punktów. Szkoda, ale i tak jestem zadowolony. Po chwili dojeżdżają moi dzisiejsi rywale. Też bez dwóch punktów.
Teraz czas na żurek i grilla.Jeszcze chwila żartów, komentarzy i czas się żegnać.

Było świetnie. Pomimo braków kondycyjnych jestem zadowolony. I z tego jak mi poszło, i z przypadkowej rywalizacji z Aramisami, i z świetnej trasy i z pogody... Po prostu... z wszystkiego.

Trzeba wrócić do startów w zawodach... brakuje mi tego... Na OrientAkcję mam nadzieję również wrócić ;-)

Powrót z Wisły

Niedziela, 15 maja 2016 · Komentarze(2)
Uczestnicy
Pobyt na spotkaniu integracyjnym powoli dobiega końca. Czas wracać. Niestety nic nie wyszło z wczorajszej przejażdżki po górach. Odpuściliśmy ze względu na pogodę. Nie chcieliśmy ryzykować grupowych zjazdów po błocie i w deszczu. Mimo to kilku kolegów wybrało się na własną rękę i... świetnie się bawili... My jednak podeszliśmy do sprawy odpowiedzialnie ;-)


Ostanie serwisy © djk71

Za to dziś już bez względu na pogodę jedziemy. Wracamy do Gliwic. Zbiera się grupa 18 osób.


Grupa gotowa © djk71

Tzn, 17-tu, bo jeden za długo zabawił na śniadaniu, ale wkrótce nas dogonił :-)
Ruszamy, bo zaczyna się chmurzyć i robić chłodno. A jeszcze przed chwilą było tak słonecznie.

Zjazd spod hotelu i po pierwszych kilometrach mamy średnią 30 km/h... W takim tempie bylibyśmy po 3 godzinach w Gliwicach :-) Oczywiście będziemy jechali wolniej. Tym bardziej, że już w Ustroniu pierwszy postój. Wymuszony.

Pierwsza awaria © djk71

Mimo sporej loży szyderców, kolega nie został bez wsparcia :-)
Jedziemy dalej. Zaczyna padać Z każdą chwilą jest coraz chłodniej. Termometr pokazuje 13 stopni... 11... 10... 9... 8,7... 8,2... w takim tempie to w Skoczowie nam grozi mróz....

Mróz nas nie dopadł, ale za to musieliśmy zrobić kolejną przerwę. Marcinowi, po raz kolejny schodzi powietrze.

Kolejna przerwa © djk71

Tym razem mamy sprawcę...

Mamy łobuza © djk71

Ostatni rzut oka na góry...

Chmury, góry © djk71

Po raz kolejny ubieramy się. Nie jest to łatwe, nie tylko dlatego, że wydawało się, że będzie cieplej i większość ciuchów wróciła z naszymi bagażami samochodem. Czasem nawet to co nam pozostało ciężko jest na siebie założyć :-)

Jak to założyć? © djk71

Okazuje się, że jest problem nie tylko z ubraniami. Niektórzy dość oryginalnie zakładają nawet błotniki ;-)

Błotnik miał mi chronić tył © djk71

Wydaje się, że deszcz trochę zanika, za to wiatr jest coraz większy. I taki już będzie do samych Gliwic.
Momentami jednak wychodzi słońce i jest całkiem przyjemnie.

W słońcu jest miło © djk71

Po przerwie na zakupy w Strumieniu, kolejna przerwa dopiero w Rudziczce. Tam gdzie w roku ubiegłym. Tym razem cudem nam się udaje coś zjeść, bo w lokalu są dwie komunie... Na szczęście jest pizza.

Pizza szybko znikała © djk71

Oczekiwanie to na przemian gorące słońce i zimny wiatr... Oby nikt się nie rozchorował.
Pełni sił ruszamy w dalszą drogę. Łatwo zauważamy, że jest coraz bliżej domu - są nasze "góry"


Nasze "góry" © djk71

Mimo tego, że to trzeci dzień imprezy to tempo wciąż niezłe. Nawet na podjeździe pod radar.


Postój pod "piłką" © djk71

Jeszcze chwilę i zaczynamy się powoli rozdzielać. Część osób już zaczyna odbijać w stronę swoich domów. Tylko kilkoro z nas dociera do samej firmy.

Rowerówka na Bojkowskiej © djk71

Kolejny udany dzień w miłym towarzystwie. Piękny cały weekend. Szkoda, że taki krótki. Dzięki wszystkim za fantastyczną zabawę :)

Kadencja: 74

Integracja - Wisła 2016

Piątek, 13 maja 2016 · Komentarze(7)
Uczestnicy
Zeszłoroczny wyjazd integracyjny wydawał nam się szczytem możliwości jeśli chodzi o skład osobowy - ponad 40 rowerzystów z firmy. Ten rok pokazał jak bardzo się myliliśmy. Na liście startowej pojawiło się ponad 60 osób, mimo że wydłużyliśmy dystans do ponad 100 km!!! Myśleliśmy, że część osób wystraszy się pogody - prognozy od tygodnia zapowiadały całodzienne deszcze. A jednak nie. Oprócz kilku osób, które przegrały ze zdrowiem, w piątkowy poranek przed firmą stawiło się 57 cyklistów (i cyklistek) gotowych stawić czoła nie tylko dystansowi, ale również pogodzie oraz paru górkom w drodze do Wisły ;-)

Ostatnie przygotowania © djk71

Tym razem wszyscy startujemy w koszulkach ETISOFT BIKE TEAM :-)

Pamiątkowe zdjęcie © djk71

Krótka odprawa przed startem...

Jeszcze odprawa © djk71

... i podzieleni na 4 grupy (trzeba przestrzegać przepisów ruchu drogowego) ruszamy.

Ruszamy © djk71

Szybko opuszczamy Gliwice jadąc przez chwilę nasypem nieistniejącej już kolejki wąskotorowej (o tym uświadomił mnie Krzysztof). Dalej rowerówką przy Bojkowskiej i po chwili już jesteśmy w terenie. Prowadzę grupę A, która jedzie jako pierwsza. Tempo spokojne, wszak przed nami trochę kilometrów, ale nikt się nie leni. Mijamy Bojków i Knurów.

Momentami można jechać szeroko © djk71

Uśmiechy na twarzach © djk71

Przez chwilę jedziemy wzdłuż autostrady A1, by po chwili znów skręcić do lasu. Przed tym jednak mały podjazd i dobrze, że przejazd jest zamknięty, bo jest okazja się trochę rozebrać. Ciepło się zrobiło.


Chwila przerwy © djk71

Przez cały czas humory dopisują, choć przeżywamy chwilę strachu kiedy w lesie przewraca się Agata. Na szczęście kończy się na kilku otarciach, siniakach i skręconej lekko kierownicy. Później dowiemy się, że w dwóch innych grupach kolejne dwie koleżanki też przeżywają podobne przygody. Szczęśliwie też bez większych obrażeń.

Mijamy Czerwionkę-Leszczyny i tuż przed planowanym postojem w Stanowicach zagaduję się z jednym z kolegów i mijam zakręt, gdzie mieliśmy skręcić. Jak na złość chwilę później padają mi baterie w GPS-ie. Próbujemy na azymut dojechać do trasy, ale po wjeździe w czyjeś podwórko postanawiamy zawrócić i pojechać tak jak wcześniej planowaliśmy.

Krótki postój obok sklepów, uzupełnienie zapasów i po chwili ruszamy dalej.

30 km - Czas na zakupy © djk71

W międzyczasie dojeżdża do nas grupa B :-)
Posileni i napojeni ruszamy w kierunku Żor. Przecinamy DK81 i przejeżdżamy obok Miasteczka TwinPigs :-)

Miasteczko TwinPigs © djk71

Dziś jednak nie ma czasu na zabawy. Czekają na nas góry. Za Żorami krótki postój obok małego sklepiku i mkniemy w stronę Strumienia. To już ponad 60km więc widać pierwsze objawy zmęczenia u niektórych osób, ale myśl, o tym, że w miasteczku czeka na nas żurek i pierogi dodaje nam skrzydeł.

Czas na jedzonko © djk71

Bez pośpiechu oddajemy się konsumpcji. W tym czasie dołączają do nas kolejne grupy. Trzeba zrobić im miejsce więc ruszamy.
Do tej pory wcześniejsze prognozy się myliły. Było przyjemnie. Niestety teraz zaczyna padać. Jak się okaże, tak będzie już do końca dzisiejszej wycieczki.

I co z tego, że pada? © djk71

Jadąc dalej, w jednej z wiosek jakiś dziwny zwyczaj (przynajmniej dla mnie). Wzdłuż drogi porozstawiane są znicze. Nie wiem o co chodzi.

Po co te znicze? © djk71

Mijają kolejne kilometry, dalej pada, ale humory nam dopisują. Do tego widok gór dodatkowo nas dopinguje.

Widać już góry © djk71

Małe podjazdy i zjazdy i już jest Ustroń. Kawałek po mokrej trawie trochę denerwuje, ale w nagrodę dostajemy piękny mostek.

Lubię ten mostek © djk71

Kiedy wjeżdżam na niego, lekko się przerażam, bo... jest ślisko...
Na szczęście niektórzy są rozsądni i się asekurują ;-)

Niektórzy są rozsądni © djk71

Stąd już niedaleko. Dzięki zamkniętemu przejazdowi udaje nam się sprawnie wjechać na główną drogę i zaraz potem z niej zjechać by zmierzyć się z 1,5 km podjazdem. Mimo, że mamy już 100km w nogach to wszyscy pokonują ten odcinek bez problemów :-)

Jeszcze tylko 200-metrowa ścianka pod hotelem i jesteśmy na mecie!!!

Jeszcze podjazd pod hotelem :-) © djk71

Brudni, mokrzy, zmęczeni i.... szczęśliwi!!!
W ciągu godziny docierają kolejne grupy. Nastroje podobne - wielka radość. Daliśmy wszyscy radę !!!

Teraz, na spokojnie, muszę przyznać, że nie do końca wierzyłem, że wszystkim się uda. Przepraszam za to. Jesteście niesamowici!!! 100km, w taką pogodę, przy miesiąc krótszym czasie na treningi niż w zeszłym roku! Po prostu szok i niedowierzanie!.

Jeszcze raz brawa dla wszystkich.

Odstawiamy rowery, idziemy się odświeżyć i czas na kolację i zasłużony relaks ;-)

Aż się boję myśleć co będzie za rok... ;)


Kadencja: 76