Wpisy archiwalne w kategorii

Samotnie

Dystans całkowity:21585.71 km (w terenie 5808.48 km; 26.91%)
Czas w ruchu:1576:37
Średnia prędkość:14.75 km/h
Maksymalna prędkość:175.00 km/h
Suma podjazdów:51821 m
Maks. tętno maksymalne:210 (115 %)
Maks. tętno średnie:186 (98 %)
Suma kalorii:418539 kcal
Liczba aktywności:1409
Średnio na aktywność:17.68 km i 1h 07m
Więcej statystyk

Inaczej niż zwykle

Poniedziałek, 21 kwietnia 2008 · Komentarze(19)
Inaczej niż zwykle

Udało się wyjść jeszcze za dnia, tzn. po zachodzie słońca ale jeszcze było jasno.
Szybkim tempem do znajomych w Ptakowicach - obciążyłem sakwy zestawem książek i dalej Zbrosławice i Kamieniec. Po 12km mam średnią 27km/h! Jak dla mnie szaleństwo. Czyżby to wynik sobotnich zakupów? ;-)



Kusi żeby jechać dalej i spróbować utrzymać tempo, ale jednak nie. Jechałem tu z innym zamiarem. Odbijam w prawo w stronę Księżego Lasu po to żeby wdrapać się na krótki bo 500-600m podjazd. Krótki ale stromy (oznaczony odpowiednim znakiem). Wjeżdżam i zjeżdżam. Zjazd się niestety nieprzyjemnie kończy bo... na skrzyżowaniu. Trzeba uważać. Zawracam i ponownie do góry. Ooo... czyżby teraz ciężej? Nie to złudzenie. Na dół i trzeba to sprawdzić jeszcze raz... po piątej kolejce jestem trochę zasapany, ale fajnie. Niestety zrobiło się ciemno a droga nie jest zbyt gładka i zjazd po dziurach nie jest już taki fajny. Wracam do domu. Muszę tu przyjechać o innej porze. Chyba pora poćwiczyć trochę podjazdy.

Przez Boniowice do Wieszowej. Chciałem treningu? To go mam. Cholernie wjeje... oczywiście w twarz, bo jakby mogło być inaczej. No i tyle było ze średniej... ;-)

Jeszcze tylko podjazd z Rokitnicy na Helenkę i... jest nieźle. Zwykle walczę żeby nie spaść tu poniżej 15 km/h, a jak jestem zmęczony to 10km/h też nie jest niczym dziwnym, a dziś 18-20 całą drogę. Jest dobrze.

Po drodze w słuchawkach mi brzmiało:

"Już nie wiem kogo szukam
I po co błądzę
W wiecznym pościgu zginął cel
i choć na oślep gnam
Po krętej drodze
Sam pęd już celem moim jest "

Zmęczony

Piątek, 18 kwietnia 2008 · Komentarze(12)
Zmęczony

Zmęczony całym tygodniem, zmęczony pogodą, zmęczony bolącym gardłem...
Nic się nie zmieniło od początku kwietnia, wciąż brak czasu na rower, w sumie to nie tylko na rower...

Dziś od samego rana dzień pod hasłem: "... w takich chwilach najczęściej
ruszam gdzieś w połoniny..."
. Niestety połoniny daleko, więc na pocieszenie wieczorem rower. Chmurzy się nieco, ale to nie jest istotne, muszę, po prostu muszę...

Włączam TSA i jadę w stronę Zbrosławic. Koszmarnie wolno i ciężko (zatrzymuję się nawet na chwilę, aby sprawdzić, czy mi się hamulce nie zablokowały). Nie ma pary... nie wiem o co chodzi, za duża przerwa, a może rzeczywiście jakieś choróbsko mnie rozkłada... W Zbrosławicach jest już lepiej, jakoś jadę.

Jadę i rozmyślam, o minionym tygodniu. O ludziach, których obserwowałem przez cały tydzień. Jedno ze spotkań na początku tygodnia sprawiło, że wyjątkowo intensywnie zastanawiałem się nad tematem: człowiek w pracy.

Mijam Kamieniec, Boniowice, wjeżdżam do Świętoszowic. Pozdrawiam stojącą grupę rowerzystów i śmigam w kierunku Szałszy. Coraz lepsze tempo. Tak mi się przynajmniej wydaje, bo po chwili wspomniana grupka bez problemu mnie dogania i wyprzedza. Łapię się ich i... okazuje się, że można przez dłuższy czas jechać ponad 30 km/h. Szok. Niestety wkrótce skręcają w inną niż ja stronę i znów jadę sam. Kieruję się w stronę kąpieliska w Maciejowie, dziwne, że tą ścieżką rowerową jeszcze nie jechałem. Znów mogę zostać sam na sam ze swoimi myślami. W międzyczasie przygrywać zaczęli chłopcy z DTH ;)

Jak dziwne są postawy ludzi w pracy, jedni chcą, a nie mogą, inni mogą, a nie chcą, jeszcze inni chcą, mogą ale nic to nie daje bo... właśnie bo... co?
Bo już raz kiedyś wtopili i teraz nikt ich nie traktuje poważnie? Bo nie mają siły przebicia? Bo robią coś, co w danych warunkach nie ma szans powodzenia? Bo są na niewłaściwym stanowisku? Bo...?

Z Maciejowa jadę do Sośnicy i szok - licznik po dwudziestu kliku kilometrach pokazuje średnią 24 km/h !!! - jak na moje warunki to kosmos. Niestety tu dopada mnie zmęczenie, nie pomaga batonik, brak Izo Plusa... Jadę przez Zabrze, koło stadionu Górnika mało nie ląduję na masce jakiegoś idioty, który zupełne mnie zignorował wyjeżdżając z podporządkowanej.

Chwila przerwy u mamy i wracam do domu. Zaczynam czuć zmęczenie w nogach. Ciemno, na szczęście nie pada. Niestety średnia poszła się kochać... znów ciężko mi się jedzie.

Ciekawi są też ludzie, którzy robią masę niezłej pracy i... nikt tego nie widzi... nikt nie chce widzieć, dobrze, że ktoś to robi, nie ważne czy ma na to czas, czy ma coś z tego... dobrze, że robi, bo inni nie muszą się o to martwić. A ci ludzie często są zbyt dumni żeby się upomnieć o docenienie tego, żeby powiedzieć, że mają tej pracy za dużo, że... Ech...

Dobrze, że są też tacy, którzy robią to co powinni, cieszy ich to i ktoś to docenia.

Ciekawe, że wśród tych wszystkich grup są ludzie na wszystkich stanowiskach... od najniższych do najwyższych... Szkoda tylko, że brakuje ludzi, którzy powinni zarządzać zasobami ludzkimi, kierować ich działaniami, rozwojem... szkoda, bo to było z pożytkiem dla wszystkich...

Dojeżdżam do domu. Pierwszy chyba raz tak ciężko wnosi mi się rower na czwarte piętro, tak wolno...

Zmęczony jestem. Zmęczony rowerem i tym tygodniem... Niestety reszta weekendu nie zapowiada się ciekawie pod względem rowerowym... jutro ma lać, a pojutrze też chyba nie będzie zbyt ładnie. Odpuściłem maraton we Wrocku... szkoda..., a może dobrze, bo chyba nie jestem na to jeszcze gotów...

Będzie za to może czas żeby zająć się stronką, którą ostatnio nieco zaniedbałem.

Ciąg dalszy szkolenia w Szczyrku

Niedziela, 30 marca 2008 · Komentarze(14)
Ciąg dalszy szkolenia w Szczyrku

W planach był poranny wyjazd w stronę Salmopolu, jednak życie, jak to zwykle bywa, zweryfikowało plany. Szkoda. Wczorajszy wczesny wyjazd, później długie wieczorne Polaków rozmowy i zmiana czasu sprawiły, że, mimo fantastycznej pogody nie udało się wyjść na rower przed śniadaniem.



Szkolenie, choć ciekawe, trwa dziś strasznie długo, to chyba wina świadomości pięknej pogody za oknem. Końcówka szkolenia i porażka w trakcie jednego z ćwiczeń – chyba myślami jestem już w drodze - trzeba się zbierać, już dziś niczego więcej się nie nauczę, poza tym fajnie by było jak najdłużej wracać w słońcu. Od wczoraj wszyscy proponują mi powrót samochodem, mam wrażenie, że traktują moją jazdę jako jakiś przykry obowiązek… :-)


Ruszam w stronę Bielska. W centrum na skrzyżowaniu spotkanie z wracającymi samochodem znajomymi z Krakowa i jazda dalej. Dopiero teraz, na paru zjazdach zauważam, że jednak wczoraj jechało się trochę pod górkę. Dziś koszmarny ruch, koniec weekendu. Nie podoba mi się. Żałuję, że od razu z Bielska nie pojechałem inną drogą, tak to jest jak się jeździ bez planów miast. Przed Czechowicami mam dość blachosmrodów. Zjeżdżam w stronę Ligoty. I szybko okazuje się, że to dobra decyzja.



Po dotarciu nad jeziorko skręcam w prawo i liczba rowerzystów nie pozwala mi mieć wątpliwości - jestem na trasie rowerowej. Jest lepiej, dużo lepiej. Na raz szok - widzę tablicę Zabrze, tak szybko? Nie, to prawie Zabrze, ale jak wiadomo prawie robi wielką różnicę. Miejscowość nazywa się Zabrzeg. Droga rowerowa skręca w prawo, tylko… w którą dróżkę? Widzę, że nie tylko ja mam wątpliwości. Za radą sympatycznej rowerzystki, ruszam wałem i docieram na tamę.



Wdrapuję się po schodach i ląduję w tłumie spacerowiczów. Trudno, przeciskając się miedzy nimi zjeżdżam z tamy i wciąż trasą rowerową (niestety momentami biegnącą zwykłymi ulicami) docieram do parku w Pszczynie. Początkowo przyjemnie, lecz po chwili znów muszę lawirować w tłumie. Docieram pod Zamek. Dawno tu nie byłem. Muszę tu kiedyś przyjechać… ale nie w weekend.



Niestety mimo licznych oznaczeń ścieżek rowerowych, gubię właściwą drogę i decyduję się na azymut jechać w stronę Piasku. Tam odbijam w las, nie wiem, czy to do końca odpowiedzialne, w nowym terenie ale słońce jeszcze wysoko więc może się uda. Szczęśliwie po kilku minutach chwili trafiam na zgubioną rowerówkę i bez przeszkód docieram do Kobióra.



Następnym razem jadąc w stronę Pszczyny, czy Bielska będę wiedział – w Kobiórze, przed wiaduktem nad torami należy skręcić w prawo, gdzie zaczyna się trasa rowerowa.

Tu też ruch większy niż wczoraj, więc zamiast jechać na Mikołów, odbijam w Gostyniu na Orzesze. Nie wiem, czy to dobre rozwiązanie, ruch niby mniejszy ale trasa dłuższa. Trudno, już zdecydowałem. Już po zmroku, przez Rudę Śląską i Biskupice docieram do domu.

Moje dobre serce poznały:
- zając (wyhamowałem),
- sarenka (tak naprawdę to ona była szybsza),
- dziki („Niech Pan uważa – dziki tu biegają” – na szczęście – chyba dla mnie – przebiegły chwilę przede mną),
- imbecyl z busa w Bielsku, który testował klakson za każdym razem kiedy na dojeździe do skrzyżowania go wyprzedzałem, by w końcu za następnym skrzyżowaniem zajechać mi drogę i wlec się przede mną w tempie 20km/, nie pozwalając się wyprzedzić. Ja się tylko uśmiechnąłem ale inni kierowcy nie byli szczęśliwi widząc jak bus robi sztuczny korek…

W sumie cieszę, się z tego wyjazdu, szkoda tylko, że nie udało się spróbować pojeździć po górkach… może następnym razem.

Szkolenie w Szczyrku

Sobota, 29 marca 2008 · Komentarze(11)
Szkolenie w Szczyrku

Mało czasu. Wciąż za mało, a tak by się pojeździło.

Do tego w weekend dwudniowe szkolenie w Szczyrku. Hmmm, a może by tak wziąć rower ze sobą? Bez sensu, i tak nie będzie czasu na jeżdżenie. Więc może… pojechać na rowerze? Jest to jakiś pomysł. W firmie patrzą trochę z niedowierzaniem, kiedy rezygnuję z wyjazdu samochodem (choć na wypadek załamania pogody miałem zarezerwowane miejsce).

Przegląd roweru, montaż sakw, trzeba wziąć jakieś cywilne ciuchy, kosmetyki itp… sporo tego, ale spokojnie się zmieściło w bocznych torbach. Nie biorę górnej części. Mogłem wprawdzie wrzucić komuś torbę z rzeczami, ale… trzeba ćwiczyć…

5:30 wyjazd z domu. Miało być trochę wcześniej ale nie wyszło. Niewiele pomogło wertowanie map, atlasy internetowe i konsultacje z Ralfem. Nie znalazłem dobrej drogi (czytaj: niezbyt ruchliwej). Jako, że szkolenie o 10, a przede mną około 90 km to nie ma czasu na eksperymenty. Przejeżdżając przez całe Zabrze docieram do DK 44 i ruszam stronę Mikołowa. Mimo, że trasa dość ruchliwa da się jechać szerokim chodnikiem lub poboczem, często nawet za barierką. W Mikołowie zaczyna coś - na szczęście delikatnie - siąpić z nieba. Nie jest dobrze - nie wziąłem niczego przeciwdeszczowego. Na szczęście tylko postraszyło i po 5 minutach jest spokój, nawet jezdnia nie zdążyła się zrobić mokra. Przez Wyry, Gostyń jadę w stronę Kobióra. Ruch dość niewielki. Przez kilka kilometrów próbuje mnie wyprzedzić ciągnik, ale jestem dzielny… ;-)

W Kobiórze chwila przerwy i… wjazd na "jedynkę". Nie było to moim marzeniem ale co? Ja nie dam rady? Dałem, ale jazda mało ciekawa. Duży ruch, mnóstwo tirów, pobocze o szerokości około 80 cm często okazuje się być zbyt wąskie żeby komfortowo jechać (z sakwami). Przed Piaskiem: Zakaz wjazdu rowerów, odbijam w prawo i przez miasto docieram do Pszczyny. Trochę po omacku wracam na "jedynkę" – po drodze kilka znaków o trasach rowerowych, jednak bez wyjaśniania dokąd wiodą. Lecę dalej główną drogą. Goczałkowice, Czechowice-Dziedzice…

W oddali widać dokąd dążę…



Mimo południowego wiatru i sporego bagażu nawet niezłe tempo. Niestety w Bielsku wiatr się wzmaga i zaczyna znów kropić, do tego ogromny ruch. Z trudem przedzieram się przez centrum miasta. Mam dość. Nie cierpię wmordewindu. Do tego za chwilę zacznie się szkolenie – nie cierpię się spóźniać. Chyba mam kryzys, dzwonię, że się spóźnię. Gdyby ktoś mi zaproponował, że przyjedzie i zabierze mnie, żebym się nie spóźnił… kto wie czy bym nie wymiękł. Na szczęście nikt mnie aż tak nie lubi… :-) Na szczęście, bo po minięciu Bielska wracają siły i dość szybko, szybciej niż się spodziewałem widzę tablicę: Szczyrk. Jestem na miejscu.



Zastanawiam się jak w hotelu zareagują kiedy zechcę z rowerem wejść do pokoju, ale jako, że jest to Ośrodek Przygotowań Olimpijskich to nie robi to na nikim żadnego wrażenia… w końcu kolarstwo to też sport.

Całe zmęczenie rekompensuje wejście na salę, a właściwe reakcja kolegów i trenerów. Jako, że po klucz od pokoju wchodzę na salę w rowerowym wdzianku… jestem witany gromkimi brawami, wyraz twarzy niektórych kolegów i trenerów bezcenny ;-) Rower jest tematem wracającym jak bumerang przez cały dzień (i noc).

Myślałem, że uda mi się jeszcze pokręcić chwilę wieczorem, ale tak szkolenie, jak i późniejszy program artystyczny skutecznie mi to uniemożliwiły.

Przed nikim nie uciekam, po prostu gnam...

Poniedziałek, 17 marca 2008 · Komentarze(23)
"Przed nikim nie uciekam, po prostu gnam..."

Wczoraj nie udało się pojeździć więc dziś wieczorem, korzystając z bezdeszczowej pogody szybka rundka do Bytomia. Bez celu, żeby się przejechać kawałek. Ciemno i zimno. Zimniej niż myślałem. Mimo to decyduję się dojechać do centrum Bytomia. Chwila przerwy pod Operą Śląską (wstyd się przyznać, ale nigdy tu nie byłem) i powrót. Potrzebowałem tego. Mam nadzieję, że ochłodzenie jest tylko chwilowe i w święta będzie ok.

Nowe odkrycie muzyczne na rowerze. Dziś towarzyszył mi zespół, którego nie słuchałem już chyba z rok, od czasu ich ostatniego koncertu w Wiatraku. Dają fantastycznego kopa w trakcie jazdy. Młodsi pewnie nie znają, ale starsi mogą skojarzyć wokalistę, który oprócz śpiewania w swojej kapeli, wsławił się rolą Jezusa w... właśnie w czym i kto ;-)

Niesamowita muzyka na rower... jak dla mnie... Zmieniające się klimaty pozwalają tak odpocząć, jak i ruszyć z kopyta w momentach kiedy wydaje nam się, że już nie możemy więcej z siebie dać.

Porąbany tydzień

Sobota, 15 marca 2008 · Komentarze(29)
Porąbany tydzień
Porąbany tydzień, porąbany weekend. Nie dane jest mi pojeździć.

Chciałem pojechać rano, nie wyszło. Kiedy już mogłem to zachciało mi się poprawiać przerzutki… i no comments. Kiedy już udało mi się wyjechać to okazało się, że nie dość, że nie jest lepiej to jeszcze przód wcale nie działa. Kolejne pół godziny spędzone na regulacji. Dużo czasu jeszcze upłynie zanim to opanuję…

Przy okazji zdjęcie Flasha bez flasha dla Flasha :-)



W końcu ruszam. Stolarzowice – Ptakowice – Wikowice – Księży Las. Asfaltem ale fajnie bo prawie bez samochodów, po drodze pozdrawiamy się z kilkoma bikerami.

W Księżym Lesie krótki postój przy niepozornym drewnianym kościółku z... 1494 roku! Całą drogę zastanawiam się co znaczy, że kościół jest z sobotami. Żona szybko mnie uświadomiła. Skąd o tym wiedziała…?



Kilka fotek i dalej w drogę. Przez Łubki do Kamieńca.
Od razu mi się przypomniało, że pora opony zmienić.



Dalej przez Polną, Karchowice do Pyskowic. Przed wjazdem rzut oka na zachodzące słońce.



Pyskowice. Nie znam tego miasta, nigdy nie miałem potrzeby odwiedzania go. Pokręciłem się chwilę po uliczkach ale nic mi się nie rzuciło ciekawego w oczy poza dwoma Szkotami na ulicy. Niestety zanim zdecydowałem się wrócić i zrobić zdjęcie zniknęli w jakiejś bramie.

Powrót przez Przezchlebie, Ziemięcice, Świętoszowice, Grzybowice i Rokitnicę. Niestety znów po ciemku. Na dodatek okazuje się, że z jutrzejszych planów też nic nie wyjdzie… ;(

Chciałbym wsiąść na rower i pojechać przed siebie… bez celu, bez ograniczeń czasowych… bez żadnych ograniczeń…

W domu szok. Jestem suchy. Zupełnie suchy. Zwykle wracałem spocony, w co najmniej wilgotnym ubraniu, a dziś nic. Czyżby dlatego, że dziś pierwszy raz w obcisłym? ;)

Błądzenie

Wtorek, 11 marca 2008 · Komentarze(36)
Błądzenie

Dziś potrzebuję jakiejś odmiany. Szybka rundka ale w inną stronę. Trochę monotonne zaczynają być wieczorne wyjazdy po tych samych trasach.
Dziś cel - Piekary. Przez Stolarzowice ruszam w stronę M1 w Radzionkowie, na drodze znak "ograniczenie prędkości do 40kmh dla rowerów" - tak go chyba należy rozumieć, bo samochody śmigały średnio 2 razy szybciej. Jak dziś przypadkiem doczytałem las otaczający moje osiedle i ciągnący się aż tutaj to Dawny Beuthener Kreiswald. Jestem w szoku. Ciekawe czy Janek o tym wiedział...


Wpadam na krajową 11-tkę i pragnę jak najszybciej uciec, jakiś wariacki ruch, nie skręcam jednak na Piekary, bo tam podobnie, tylko jadę dalej w stronę Bytomia i skręcam dopiero w kolejną drogę w lewo. Cisza spokój, przez kilkaset metrów, niestety po chwili droga skręca i... trafiam na drogę, której chciałem uniknąć. Trudno, jadę, przecinam 911-tkę i... dość szybko ląduję w Piekarach.

Tak blisko, a byłem tu chyba raz w życiu. To chyba główna droga, mijam urząd miasta, Radio Piekary (ech znam takich co lubią te klimaty) i... klub Schron - fantastyczne koncerty i klimaty. Klub pod sklepem Żabka... ale to dłuższa historia... :-) i nie dla dzieci.

Ląduję przy Sanktuarium Matki Boskiej Piekarskiej. Krótka pogawędka z księdzem, chwila zadumy. Ech ile to rzeczy jest jeszcze w życiu do zmienienia, do zrobienia...

Niestety bez statywu zdjęcia nie wychodzą o tej porze... :(






Ruszam dalej. Nie chce mi się wracać. Zobaczymy gdzie mnie zaprowadzi droga. Dużo autobusów - to musi być os. Wieczorka - wszystkie autobusy jakie widzę jadące w stronę Piekar, mają dopisek - os. Wieczorka.

Mijam Brynicę, jakieś palące się pole (jest już straż) i ląduję w Rogoźniku. Chyba to nie był mój plan. Raz w życiu tu byłem na koncercie KSU w jakimś amfiteatrze, ale teraz z uwagi na godzinę nie będę go szukał.

Jadę dalej i... Wojkowice. No, tu jestem po raz pierwszy. Ciekawe ile stąd do domu. ;) Mimo tego, że nie wiem gdzie jestem całkiem przyjemnie się jedzie. Już nie straszą mnie odległości, podjazdy, nie wiem czy to kwestia kondycji, czy spożywanych przekąsek oraz napitków... ale jest fajnie.

W końcu dojeżdżam znów do Piekar. Zaczyna padać. Postój na stacji benzynowej, przekąska, przeprosiny z czapeczką, którą wciskam pod kask i ruszam. Tylko gdzie: kierunek Wrocław/Bytom, Czy Piekary Centrum? Gdyby nie deszcz i późna pora wybrałbym Bytom, a tak... zagaduję do patrolu policyjnego, który właśnie podjechał i sympatyczny policjant mówi: "W prawo na centrum i pierwsza w lewo". Okazuje się, że ma rację, trafiam na drogę, którą wjechałem do Piekar, choć pewnie gdybym sam jechał to bym nie zauważył tego wjazdu.

Wracam drogą, którą już jechałem i... jest 50km. Dziwnie szybko, dziwnie łatwo.

I co z tego, że błądziłem? Właściwie to nie błądziłem, tylko jechałem nie wiedząc gdzie... i co z tego... było... fajnie...

BTW, new Vmax=53,97

Hier kommt Alex

Piątek, 7 marca 2008 · Komentarze(10)
Hier kommt Alex

Dawno nie jeździłem, dawno nie pisałem. Dawno - 4 dni przerwy, niby niewiele, a jednak to najdłuższa przerwa od kiedy zacząłem jeździć. Niestety, po fantastycznym weekendzie przyszedł czas ciężkiej pracy, wyjazdów w Polskę (niestety nie na rowerze) i nocnych powrotów. Nie było czasu na sen, ani tym bardziej na pedałowanie.

Dziś rano dostałem jednak kopa od dwóch osób - "ty co to za zapóźnienia w rowerku???? sprawdzam cały tydzień a tam nic!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!! bedzie nagana z wpisem do akt", "Uważaj bo od takich przerw się zaczyna". Wczoraj żona widząc jaki zdołowany jestem stwierdziła, że to nie zmęczenie tylko brak kręcenia. W tej sytuacji dziś nie było wyboru :-)

Niestety dopiero wieczorkiem siadam na rowerek i jeśli chodzi o trasę to powtórka z soboty (na szczęście pogoda lepsza). Samotnie, niesamowite jak na mnie tempo - w Boniowicach ponad 24 km/h - jak na mnie (i podjazdy) to naprawdę dużo. Niestety chwilę potem awaria. W Wieszowej prawa noga odmawia posłuszeństwa. Nie wiem czy to wina czterech dni non stop za kółkiem, czy siodełka, które znów chyba trochę opadło, czy też hektolitry kawy wypłukują magnez i to jego brak powoduje ból mięśnia. Przez chwilę mam wrażenie, że będę musiał prowadzić rower, ale z bólem udaje się dojechać do domu. Średnia oczywiście spadła, ale ból trochę zelżał.

Niestety jedyne objawy wiosny jakie zauważyłem o tej porze to coraz częstsze i większe grupki mniej lub bardziej pijanej młodzieży przy drogach. Ciepło, początek weekendu... co będzie latem?

Jako, że całą drogę w uszach pobrzmiewało DTH to skojarzenie miałem jedno:



Wenn am Himmel Sonne untergeht,
beginnt für Droogs der Tag.
In kleinen Banden sammeln sie sich,
gehn gemeinsam auf die Jagd.


Ciekawe ilu z Was miało rowerowe spotkania z młodymi gniewnymi i jak się skończyły...

Jazda z sakwami

Czwartek, 28 lutego 2008 · Komentarze(13)
Jazda z sakwami

Przedwczoraj przerwa.

Wczoraj basen (pierwszy raz po paru latach). Zmęczony. Mimo tego i mimo późnej pory, rower mi chodzi (a może raczej jeździ) po głowie. Najpierw jednak wymiana klocków - oj pora już była najwyższa. Zakładam jeszcze bagażnik starając się upchać pod nim błotnik. Jakoś się udaje. Zakładam jeszcze pożyczone na próbę sakwy i przykręcam koszyki na bidony (tak, do tej pory jeździłem bez). Poprawa mocowania lampki przy użyciu czarnej taśmy - wygląda i trzyma lepiej ;) i... to wszystko. Wszystko jeśli chodzi o wczorajszy rower. Północ i zmęczenie pobasenowe sprawiło, że odpuściłem jazdę.

Dziś próba jazdy z sakwami. Wbrew zachętom brata ładuję tam tylko około 8-9kg (zamiast 15) i... ciężko. Ciężko i niewygodnie znosi się rower z czwartego piętra.

Siadam i... spokojnie. Oczywiście czuć ciężar, jednak jedzie się spokojnie. Nie czuję dużej różnicy nawet na podjazdach. Dopiero przy większej prędkości trochę inaczej się manewruje, ale jest ok. Przez Stolarzowice, Górniki, Ptakowice, do Zbrosławic.

Wizyta u znajomych i powrót tą samą trasą. Tym razem czuję trochę mięśnie (czyżby to efekt wczorajszego pływania?), mimo to pedałuje się lekko.

Krótko, ale już późno. Fajny czas jazdy pokazał licznik: 01:00:00 :-)

Jazda z sakwami - luz (z takim ciężarem i na takim dystansie).
Wnoszenie roweru z pełnymi sakwami na czwarte piętro - to trzeba przeżyć :-)

Snukraina

Wtorek, 19 lutego 2008 · Komentarze(4)
Snukraina

Wzorem koleżanki dziś zakładam słuchawki, a właściwie słuchawkę na ucho i samotnie po 21 wyprowadzam rower. Trochę mży ale po wczorajszej przerwie chce mi się jechać. Trochę odreagować dzisiejszy dzień, trochę po to żeby posłuchać nowych płyt w samotności.

Na początek Farben Lehre "Snukraina" i kierunek Stolarzowice. Jedzie się świetnie, muzyka taka sobie. Dalej, Górniki, Wieszowa, muzyka wciąż przeciętna, a ściślej mówiąc strasznie przypominająca stare utwory, do tego teksty coraz bardziej mnie dobijają. Cytaty, slogany... wszystko jakieś takie oklepane. Nie wracam do domu. Jeszcze. Kierunek Grzybowice i dalej do Mikulczyc. Płyta coraz bardziej mnie nudzi. Jeszcze kółko po Mikulczycach i... ruszam w kierunku Biskupic zamiast do domu. Dobrze, że płyta się powoli kończy. Niestety do końca nic mnie nie ujęło, nie zaskoczyło. W przeciwieństwie do drogi, po jeździe w całkowitej ciemności - nie tu chciałem wyjechać. Zamiast przed os. Młodego Górnika w Biskupicach wylatuję z tyłu szpitala na początku Biskupic. Zawsze uważałem, że nie jest to pora na zwiedzanie tej dzielnicy i po chwili znajduje to potwierdzenie przed jednym z barów. Nie wnikam kto się z kim leje, grunt, że skończyli się Farbeni i zaczyna Totentanz.

Zaczynają bardzo Comowato, a ja dość szybkim tempem mijam Biskupice i jadę - po raz kolejny w ciemnościach przez las - w kierunku Rokitnicy. Z przeciwka nadjeżdża samochód, zwalnia, wjeżdża na mój pas, wraca na swój... dziwnie się czuję, ale spoko... to panowie władza patrzyli co za wariat po nocy, w lesie na rowerze jedzie. Widać uznali mnie za niegroźnego i nie kazali się zatrzymywać. Totentanz (dla niewtajemniczonych to byłe pół składu KSU i jako menadżer Prezo - również KSU) w tym momencie przypomina mi stare Turbo (kto jeszcze pamięta "Dorosłe Dzieci"?).

Mijam Rokitnicę i po tradycyjnym podjeździe jestem w domu.
Totentanz: Farben Lehre 1:0
Zobaczymy co będzie po kolejnym odsłuchu.

Z muzyką się całkiem przyjemnie jeździ. Nawet jeśli nie zawsze jest ona tym czego oczekiwaliśmy,