Wpisy archiwalne w kategorii

Samotnie

Dystans całkowity:21585.71 km (w terenie 5808.48 km; 26.91%)
Czas w ruchu:1576:37
Średnia prędkość:14.75 km/h
Maksymalna prędkość:175.00 km/h
Suma podjazdów:51821 m
Maks. tętno maksymalne:210 (115 %)
Maks. tętno średnie:186 (98 %)
Suma kalorii:418539 kcal
Liczba aktywności:1409
Średnio na aktywność:17.68 km i 1h 07m
Więcej statystyk

Zabrzańskie klimaty

Sobota, 9 lutego 2008 · Komentarze(11)
Zabrzańskie klimaty

Po krótkiej przerwie spowodowanej przeglądem roweru w serwisie, a potem walką z hamulcami dziś znów na rowerek. Niestety na krótko. Więc w ramach testowania roweru rundka po Zabrzu.

Najpierw przez Rokitnicę do Biskupic. Jakaś spacerowa uliczka osłonięta drzewami po lewej. Skręcam. Ciekawe dokąd prowadzi i skąd się tu wzięła. Wow. Po lewej zbiornik wodny pełen ptactwa i - jak można przeczytać na postawionych tablicach - ryb. Tych drugich jednak nie widać, za to pierwszych mnóstwo.



Kaczki, na przemian biegające po cienkim lodzie i pływające tam gdzie ich starsi bracia wyrąbali przeręble.



Ogólnie witają mnie z otwartymi ramionami (skrzydłami).



Nagle szok... dwie kaczki, ale nie, spoko, na szczęście nie bliźniaczki :-)



Dobra, w drogę.
Włóczę się trochę po Biskupicach, nie przepadam za tymi okolicami (nie jest tam najbezpieczniej) ale dziś mi się podoba. Ciekawa zabudowa, ciekawe zakamarki ale na zdjęcia przyjadę innym razem.

Dalej do centrum, niespodziewanie nowy rekord prędkości 47,65 km/h
I po chwili Centrum Handlowe Platan. Jeszcze nie tak dawno była tu Huta Zabrze. Dziś wielu budynków już nie ma. Szczerze mówiąc myślałem, że huta zupełnie przestała działać, ale reklama, która jakiś czas temu pojawiła się na jednym z budynków wzbudziła we mnie pewne wątpliwości, czy na pewno huta już nie działa.



Kawałek dalej wieża ciśnień. Schowana, wiele osób nawet nie wie, że ona istnieje. O ile dobrze doczytałem to jedna z najstarszych w naszym województwie. Zniszczona, mam nadzieję, że nie podzieli losu innej, którą ze względu na stan techniczny trzeba było rok, czy dwa lata temu zburzyć.





Jeszcze szybkie zdjęcie hasła pozostałego z poprzedniej epoki - jak zauważyła kiedyś kuzynka - z błędem ortograficznym.



Pełne podziwu spojrzenie na innego rowerzystę (z kulami na plecach ale na rowerze)



Mija mnie ochroniarz. Teren nie jest ogrodzony, oznaczony więc pstrykam sobie dalej. Widzę, że spogląda na mnie z ciekawością, chyba mu się to nie podoba, ale nie bardzo wie co robić.
Chowam aparat i jadę dalej jakąś dziwną drogą prowadzącą w głąb terenów byłej huty.

Po drodze głaz z datą sprzed 101 lat – nie ma pojęcia co może upamiętniać.



Dojeżdżam do ogrodzenia, gdzie z daleka wychodzi kolejny ochroniarz. Sympatyczny, dużo starszy od tego wcześniejszego. Ucinamy sobie pogawędkę o życiu, Zabrzu, hucie. Okazuje się, że huta ma się całkiem nieźle w prywatnych rękach i działa. W ograniczonym zakresie, ale funkcjonuje. Nie do końca była w stanie wyjaśnić mi status terenu, na którym jestem, bo nie jest ogrodzony, nie ma żadnych znaków ale oni go pilnują – dyrekcja kazała. Żegnam się i mało nie rozjeżdżam ochroniarza, którego spotkałem wcześniej. Chce wiedzieć co tu robię i informuje mnie (z jakimś takim strachem – nie wiem czy boi się mnie, czy swoich zleceniodawców), że tu nie można… Wyjaśniam mu, że dopóki nie będzie tu ogrodzenia bądź znaków to może… mnie dalej informować… ;-)

Późno, wracam do domu, po drodze jeszcze krótki postój przed Rokitnicą. Zza szprych widać wiosnę :)



Ech, ale sympatycznie mi się jeździło, mimo, że na miejscu, że króko, ale po prostu fajnie. Zobaczymy jak będzie jutro :-)

Myjnia

Wtorek, 5 lutego 2008 · Komentarze(15)
Myjnia

Po niedzielnym wyjeździe i kąpielach w błocie rower wygląda koszmarnie.



Jako, że nie było czasu go wymyć, a szorowanie po poprzednim wyjeździe w teren do dziś mi się odbija czkawką - myjnia.
Ciepły wieczór więc przez Rokitnicę i Milulczyce rundka do Zabrza. Dziwnie cicho i spokojnie na ulicach jak na "śledzia". Wjazd na myjnię i szorowanko. Nieliczni kierowcy czterech kółek dziwnie nieco patrzą ale co tam. Po chwili rower lśni.

Co dalej z tak pięknie rozpoczętym wieczorem? Może do Gliwic? Czemu nie? Przez Wolności i Chorzowską wpadam do Gliwic, tu również spokój. Jako, że w domu czeka jeszcze trochę pracy, a do tego brat mi przysłał uaktualnioną rozpiskę majowego wypadu - wracam. Odrobię trochę domowych zaległości i trzeba by powoli zerknąć w przewodniki :-)

Powrót przez Żerniki, Szałszę, Czekanów, Grzybowice, Wieszową i Rokitnicę. Zupełnie spokojnie. Pomyśleć, że kiedyś o wyjeździe do Gliwic to bałem się myśleć (za daleko), teraz wracam tylko z powodu braku czasu.

Ciekawe, czy taki mądry będę w niedzielę, jeśli dopisze pogoda... dostałem sympatyczną propozycję wyjazdu w towarzystwie bikestats'owym i... dystans będzie pewnie inny ;)
I nie będę się mógł tłumaczyć brakiem czasu...

Mam za swoje

Niedziela, 3 lutego 2008 · Komentarze(2)
Mam za swoje
Jak pisałem ostatnio - nie zawsze wszystko idzie zgodnie z planem.

Sobotnie przedpołudnie deszczowe, a potem z różnych względów też nic nie wyszło z jazdy. Niech żyją plany weekendowe. :(

Dziś z własnej winy/głupoty z trudem podjąłem decyzję o wyjeździe. Siadłem nie wiedząc czy przejadę choć 5km i do lasu.
Słonecznie i ciepło ale w lesie... błoto - wszędzie błotniście i ślisko. Pokarało, nie dość, że zmęczony jestem to jeszcze takie warunki. Mam za swoje.

Zamiast wybrać się na jakąś wycieczkę to włóczyłem się bez celu po lesie. Potem chwila oddechu w Radzionkowie i włóczęga po mieście. Powrót znów przez las i błoto. Upaćkany po pas. Rower również. Koszmarnie zmęczony. Dobrze mi tak.

W imię zasad...

Piątek, 1 lutego 2008 · Komentarze(5)
W imię zasad...


Wczoraj nie udało się wyjechać i "dobić" w styczniu do 500km. Niemniej i tak jestem w szoku. Kupując rower nie dałbym złamanego grosza za to, że po okresie 1,5 miesiąca (w zimie) będę miał przejechane 700km, że w styczniu "zrobię" 460.
A jednak, udało się. Bez przymusu. Z radością.

Dziś kolejny zwariowany dzień, więc na rower ruszam znów bardzo późnym wieczorem. Jak zwykle "na chwilkę".

Helenka-Rokitnica-Mikulczyce-Grzybowice-Wieszowa-Górniki-Stolarzowice-Helenka + kółko po osiedlu.

Powinienem powiedzieć: "w imię zasad", bo bez celu, po nocy, po to żeby tylko chwilę pojeździć, czy też raczej odreagować dzisiejszy dzień.

Bez zdjęć, bez przygód, jedynie kolejny zaskoczony sąsiad wita mnie o 23 pod klatką.

Mam nadzieję, że jutro uda się pojeździć chwilę przy słońcu, może trochę dalej. Zobaczymy, bo życie ostatnio bardzo zaskakuje i nie da się niczego przewidzieć. Ostatnio, czyli... ostatnie kilka lat... Wszystko dzieje się za szybko...
Samochody, telefony, internet... wszystko to miało nam ułatwić życie, dzięki temu powinniśmy wszystko załatwić szybciej i mieć więcej czasu dla siebie, a tu jest na odwrót... "Dzięki" tym wynalazkom wiecej rzeczy "musimy" zrobić, w więcej miejsc "musimy" pojechać... więcej... szybciej... brrr.

Może jednak jutro się uda :-)

Kodeks drogowy

Środa, 30 stycznia 2008 · Komentarze(14)
Kodeks drogowy

Tydzień pod znakiem braku czasu.

21:30 rzucam do żony "chwilkę się pokręcę" i ruszam. Coś hamulce nie bardzo łapią, szczególnie tył. Czyżby to wynik ostatnich dwóch wycieczek? Regulacja czy wymiana kolcków? Po ilu km przy normalnej (wiem, dla każdego to znaczy coś innego) jeździe powinno się je wymieniać?

Rokitnica i szybka decyzja "Zabrze czy Bytom" - chłodno, ale dla odmiany niech będzie w stronę Bytomia. Jakoś szybko, mimo, że głównymi drogami, wśród samochodów docieram do miasta. Kręcę się chwilę po centrum, wokół Rynku - ale jakoś tak mało ciekawie. Wokół dwóch miejsc, które godne są fotnięcia, jakieś młodociane, lekko wstawione grupki. Nie ryzykuję postoju, wyciągania i ustawiania aparatu - i tak dziwnie na mnie patrzą. Może jestem przewrażliwiony ale jak to mówią "strzeżonego Budda strzeże".

Po drodze w lesie spostrzegam spokojnie stojącą sarenkę. Niestety zatrzymując się, zachowuję się jak ostatni gamoń i skręcam kierownicę w jej stronę puszczając jej wiązkę światła w oczy. No to sobie pstryknąłem zdjęcie. :-(

Po drodze zastanawiam się jak inni rowerzyści traktują kodeks drogowy. Zwykle staram się jeździć zgodnie z przepisami a na rowerze... hmm.

STOP - tylko zwalaniam
Zakaz ruchu (np. w centrum miasta, na rynek) - zdarza mi się ignorować...
Zakaz skrętu - bardzo kusi, szczególnie gdy trzeba daleko objechać, ale na razie respektuję.
Czerwone światło - respektuję ale... co zrobić z tzw. "inteligentną" sygnalizacją, która jakoś nie chce mnie wychwycić dojeżdzającego do skrzyżowania - mam stać i czekać na samochód? Dziś nie stałem. ;)

Kto wymyślił zimę?

Niedziela, 27 stycznia 2008 · Komentarze(13)
<big>Kto wymyślił zimę?</big>

Dopiero, co wczoraj cieszyłem się z wiosny. Dopiero, co podziwiałem pierwsze jej oznaki.



A dziś od rana wiatr, deszcz, deszcz ze śniegiem, w końcu śnieg.
Nic nie wyszło z kolejnej wspólnej wycieczki. Nie lubię zimy.

Nie wytrzymałem i o 16 (trochę późno) wyjeżdżam do lasu.
Wygląda sympatycznie.



Niestety z każdym kilometrem, a właściwie metrem jest gorzej. Mokra warstwa śniegu pokrywająca zabłocone dróżki. Wczoraj błoto, dziś błoto ze śniegiem i liśćmi, co chwilę zapycha mi koła.

Do tego, co rusz dostaję po kasku – nie uwzględniłem faktu, że gałęzie, pod którymi zwykle da się przejechać są dziś pod ciężarem śniegu mocno ugięte. Na szczęście to cienkie gałązki i udaje się jechać dalej.

Uciekam na trochę szersze leśne ścieżki, ale jest niewiele lepiej. Zjazdy po śniegu, który nie wiadomo, co pod sobą kryje są ryzykowne – dobrze, że mnie żona i dzieci nie widzą. Większości daję radę ;-)
Podjazdy koszmarnie trudne, dwa razy pcham rower pod górkę. Dostrzegam ślady jeszcze jednego bikera. Ciekawe czy też musiał schodzić i pchać?

Robi się ciemno. Koszmarnie zmęczony, ale zadowolony wracam do domku. Dystans i średnia zabójcza ;-) Nie szkodzi. Ja jestem szczęśliwy.

Mały Wersal

Czwartek, 24 stycznia 2008 · Komentarze(8)
Mały Wersal
Ostatni dzień krótkiego urlopu i zero odbierania telefonów i maili z firmy i od klientów. Nie ma mnie.
Niestety dziś dzień już nie tak ładny jak wczoraj, ale na szczęście nie pada i jest jakieś 2-3C.

Dzisiaj celem jest Świerklaniec. Przez Stolarzowice, Stroszek docieram do Radzionkowa. Zawsze mijałem go bokiem lub tylko zahaczałem o niego. Dziś spacerowym tempem przejeżdżam przez miasto i jestem nieco zaskoczony zabudową, starą zabudową, dziwną. Radzionków zawsze mi się kojarzył z blokami, a tu sporo starych domów, starych kamienic.

Dalej przez Orzech i już Świerklaniec. Ściślej mówiąc park w Świerklańcu. Powstały w XVIII wieku, kryje w sobie sporo ciekawostek. Dotychczas odwiedzałem go zwykle z dziećmi, w ciepłe, słoneczne dni. Jakże inny jest dziś. Pusty, zero ludzi, ale wciąż sprawiający, że po wejściu/wjeździe chciałoby się tu zostać. Korzystam z pustki i jeżdżę rowerem, choć w centrum parku jest to zakazane – nie dziwię się, zwykle są tam tłumy ludzi. Dziś jest spokój.

Przystaję na chwilę obok Pałacu Kawalera, kolejnego miejsca na Śląsku gdzie swe znaki mocno zostawiła rodzina Donnersmarcków.





Dalej pozostała z czasów świetności fontanna (w oddali).



Chwila zadumy nad stawem.



Kto by pomyślał, że dawno temu był tu (nie wiem czy dokładnie w tym miejscu) zamek, a potem… Wersal. Tak, w XIX wieku powstała tu wspaniała rezydencja na wzór francuskiego Wersalu zwana „Małym Wersalem”. Niestety pod koniec wojny wszystko zostało spalone, a całkowitego zniszczenia dokonały władze PRL-u.

Jak wyczytałem brama pałacowa zdobi dziś wejście do chorzowskiego ZOO, natomiast dwie rzeźby lwów strzegą wejścia do parku w Zabrzu, a dwie następne można spotkać obok Palmiarni w Gliwicach.

Szybki rzut oka na "wielką wodę".



Kolejny rzut oka na kościółek w parku.





Spojrzenie na zegarek i… oj oj…, źle, miałem być wcześniej w domu. Szybki telefon i w drogę. Niedobrze, zerwał się wiatr i cały czas w twarz lub z boku. Do tego podjazd w stronę Nakła Śląskiego strasznie męczący, nie wiem czy taki stromy, czy to kwestia wiatru. Na szczęście miejscowe Burki i Azory pomagają mi szybciej wjechać na szczyt. Dalej już prosto, obwodnica wokół Tarnowskich Gór, Repty, Stolarzowice i dom.

Zmęczony ale szczęśliwy.
Zapewne wrócę jeszcze do Świerklańca i w okolice.

Wściekłość

Środa, 23 stycznia 2008 · Komentarze(12)
Wściekłość.

Piąty dzień wolnego a ja 1(!) raz na rowerze. Nie dość, że zamiast tygodnia wolnego, mogłem wziąć tylko cztery dni, to jeszcze telefon mi się urywa. Do tego same spotkania rodzinne i zamiast pedałować spędzam czas w czterech ścianach. Na dodatek dziś piękny słoneczny dzień. Koszmar. Jestem wściekły dziś.

Jak śpiewa jedna z moich ulubionych kapel:

"Codziennie robię się coraz gorszy
Nienawiść rośnie we mnie i gniew
Wszystko co widzę chciałbym rozpieprzyć
Na wszystko pluję i wyć się chce"

19:00. Nic to, że ciemno, nic to, że na dworze -5C biorę rower i jadę.
Nie wiem gdzie i po co. Po prostu chcę jechać. Dobrze, że nie ma wiatru.

Rokitnica - Mikulczyce - przez Hagera i Bytomską do Zabrza. Dalej koło Straży Pożarnej, dworca i poczty wyjeżdżam na 3 Maja.

Nie interesuje mnie nic, dziś bez zdjęć, chcę po prostu jechać. Jednak nie, mijając Kościół św. Anny rzut oka i... zawracam.



Nie mogłem się oprzeć. Niestety zdjęcia bez statywu są... trudne.

Bocznymi uliczkami - cholerna kostka - wyjeżdżam na Roosvelta, mijam Kościół św. Józefa, stadion Górnika Zabrze i szybka decyzja... jadę na Sośnicę (ponoć nie jest to najbezpieczniejsza dzielnica Gliwic, ale dziś chyba szukam guza). Miałem zjechać do Maciejowa ale coś mnie podkusiło i jadę do Gliwic.

Do centrum wjeżdżam przez ul. Błogosławionego Czesława. Chyba to dobry patron dla tej ulicy. Ten zakątek nie cieszy się najlepszą opinią (zwany jest Trójkątem Bermudzkim) i faktycznie, o tej porze dziwnie przypomina mi klimaty warszawskiej Pragi. Na szczęście sił mi nie brakuje, jadę dalej, rzut okiem na naszą firmę (czyżbym nie mógł bez niej żyć?) i ląduję na Rynku w Gliwicach. Mimo środka tygodnia gwarno (szczególnie obok Gwarka).

Decyduję się jechać w stronę ulicy Śliwki i... niespodzianka - zakaz wjazdu rowerów. Tego się nie spodziewałem. Na szczęście obok druga niespodzianka - droga dla rowerów - co więcej po jednym pasie w każdą stronę i jeszcze pas dla pieszych! Dla mnie szok. Pierwszy raz w życiu jadę taką drogą. Szaleństwo.

Dalej kawałek Toszecką i drogą rowerową w stronę Tarnogórskiej. Po drodze mijam naszą lokalną Wieżę Eiffla (dziś bez zdjęć) i Tarnogórską powrót do domu.
Żerniki - Szałsza - Czekanów - Grzybowice - Rokitnica - Helenka.

W sumie szok, bo większość tras oświetlonych poza odcinkiem Rokitnica - Mikulczyce i Czekanów - Grzybowice. Do tego baterie w lampce chyba się kończą.

Po drodze się uspokoiłem. Pod koniec nawet nuciłem:

"To nic! To nic! To nic!
Dopóki sił,
Będę szedł! Będę biegł!
Nie dam się!"

W sumie powinno być: Bedę jechał :-)

Dla tych, którzy znają oba cytowane kawałki pewnie dziwnym się wydaje ich zestawienie (od punk rocka do poezji śpiewanej) ale zawsze słuchałem dziwnej muzyki.

Przy okazji to chyba moja najdłuższa wycieczka (wiem, że to nic w porównaniu z niektórymi wyczynowcami na BS :-) ).

Swoją drogą to chyba za dużo piszę w porównaniu z innymi ale jakoś tak traktuję to jako ciąg dalszy rowerowych wędrówek.

Już mi lepiej. Jednak 2 dni rowerowe z 5 wolnych :-)

Szlak Zabytków Techniki - Zawada

Poniedziałek, 21 stycznia 2008 · Komentarze(8)
Szlak Zabytków Techniki - Zawada

Po dwóch dniach przerwy spowodowanej aurą, walką z rozregulowanymi przerzutkami (kolejne doświadczenie) i brakiem czasu (niech żyje weekend) dziś znów w drogę.

Korzystając z faktu, że akurat nie pada i mam urlop wybieram za cel Zawadę (na więcej nie pozwala czas - dziś Dzień Babci - trzeba z dziećmi rundkę zrobić po rodzinie).

Czemu Zawada? Otóż od jakiegoś czasu na Śląsku coś drgnęło i pojawiły się tabliczki informujące o zabytkach, a ściślej mówiąc o szlaku zabytków techniki. Wśród nich jest Muzeum Chleba w Radzionkowie, o którym już wspominałem na blogu oraz dzisiejszy cel podróży - Zabytkowa Stacja Wodociągowa "Zawada" w Karchowicach (tabliczki z informacją o niej widzę od niedawna codziennie jadąc do pracy, jednak nigdy nie chciało mi się tych kilka kilometrów nadrobić).

Ruszam "Drogą Młynarza" (DK94) w stronę Pyskowic. Strasznie wieje, jadę pod wiatr, a co jakiś czas dostaję mocny podmuch z boku, mam wrażenie, że zaraz się wywrócę, przejeżdżające obok tiry potęgują ten efekt.

Droga Krajowa :-)


Przed Boniowicami rzut oka w prawo na Kamieniec i w oddali pałac, kolejne miejsce, w którym nigdy nie byłem.
Tak wieje, że nie sposób zrobić zdjęcia, nawet stabilizacja obrazu niewiele pomaga.



Dojeżdżam do Karchowic. Czytam tablicę informacyjną i wychodzi mi na przeciw sympatyczny pracownik stacji. Po chwili dowiaduję się, że oczywiście stację można zwiedzić i on zaraz zawoła kierownika. Grzecznie dziękuję. Na razie chcę się tylko rozejrzeć, na zwiedzanie przyjadę pewnie w większym gronie. Rzut oka na halę i budynek z zewnątrz.



Po chwili kolejny pracownik przynosi mi ulotki informacyjne. Sympatyczni ludzie.
Stację można zwiedzać od pon-pt 8-16 oraz w soboty i niedziele po wcześniejszym uzgodnieniu telefonicznym. Najlepiej jednak - jak się dowiaduję - jest być do południa bo wówczas można zobaczyć więcej - jedna część jest zamykana o 14 i nie da się jej później otworzyć, jak mnie poinformowano.

Ruszam do Kamieńca. "Najlepiej tu na winklu tą polną drogą pojechać" - ok, spróbujemy. Polna okazuje się być Polną tylko z nazwy ;-)



Co więcej wiedzie tamtędy nawet jakaś trasa rowerowa - dziwne tylko, że to był jedyny znak jaki spotkałem po drodze.

Po chwili jestem w Kamieńcu obok pałacu, w którym obecnie mieści się Ośrodek Leczniczo-Rehabilitacyjny dla Dzieci.

Zza płotu zdjęcie pałacu



i tzw. Mysiej Wieży



Niestety w tym momencie baterie odmawiają posłuszeństwa, a zapasowy komplet... też rozładowany :-(
Ciąg dalszy zdjęć z Kamieńca... w trakcie następnej wyprawy w te strony.

Przez Zbrosławice, Ptakowice, Górniki i Stolarzowice powrót do domu.
Jakoś szybko poszło, a może głodny byłem rowerka po krótkiej przerwie.

I średnia, jak na mnie bardzo wysoka - czyżby to efekt mocniej dopompowanych opon?

Dziwny wzrok

Piątek, 18 stycznia 2008 · Komentarze(20)
Dziwny wzrok

Wczoraj stałem się bogatszy o kolejne doświadczenie. Wieczorem miałem wątpliwości, jechać - nie jechać? Czyżby powoli uchodziło ze mnie powietrze? Czyżbym zaczął się wypalać? A może po prostu po wyjątkowo ciężkich dniach w pracy nie chce mi się po nocach w zimnie, samotnie włóczyć tymi samymi drogami?
Nie! Trzeba być twardym! Ruszam do roweru i... jednak uszło powietrze. Nie, nie ze mnie. Z koła. Trzeba było słuchać starszych i po ostatniej przygodzie trzeba było nie tylko wymienić dętkę ale również... sprawdzić oponę. Oczywiście został w niej malutki (ale jak się okazało wystarczająco duży) ostry kolec. Kolejna wymiana dętki. Następnym razem będę o tym pamiętał. Zrobiło się późno i odpuściłem.

Dziś wizyta koleżanki i... prawie 23. Na szczęście koleżanka boi się wyjść sama do auta więc wychodzę ją odprowadzić, a skoro już się ruszyłem to... z rowerkiem (tym bardziej, że Pro postraszył mnie nadchodzącą pogodą).

Żegnamy się i... tuż przed skrzyżowaniem w Rokitnicy mnie dogania. Jednak Renówka jest szybsza ;-)

Jadę na stację benzynową. Sprawdzimy czy faktycznie da się skorzystać z kompresora do pompowania kół w rowerze. Szok, udaje się. Pompując słyszę, że ktoś się obok mnie zatrzymał. O! radiowóz! Dziwnym wzrokiem patrzyli na faceta z rowerem na stacji benzynowej o 23. Może w większych miastach to normalne, tu, na peryferiach Zabrza (a właściwie to stacja należy chyba już do Wieszowej) to chyba nie jest normalne. Popatrzyli i na szczęście pojechali. Wracam do domu. Na niektórych przełożeniach dziwnie łańcuch się o coś ociera i hamulce z tyłu też jakoś niezbyt naturalnie słychać. Trzeba będzie rano zobaczyć.


BTW: po miesiącu pedałowania zrobiłem 500km. Nie sądziłem, że tego się tyle uzbiera. W zimie.