Wpisy archiwalne w kategorii

Zawody

Dystans całkowity:11306.17 km (w terenie 4494.24 km; 39.75%)
Czas w ruchu:855:39
Średnia prędkość:13.60 km/h
Maksymalna prędkość:71.63 km/h
Suma podjazdów:23143 m
Maks. tętno maksymalne:204 (144 %)
Maks. tętno średnie:193 (100 %)
Suma kalorii:136454 kcal
Liczba aktywności:269
Średnio na aktywność:42.35 km i 3h 11m
Więcej statystyk

Wings For Life 2021

Niedziela, 9 maja 2021 · Komentarze(2)
W Wings for Life World Run wszyscy uczestnicy startują w tym samym czasie na całym świecie. Nie ważne, czy jesteś zawodowym sportowcem, trenującym amatorem, czy totalnym świeżakiem. Nie ma linii mety. Zamiast niej, 30 minut po starcie, na trasę wyrusza Samochód Pościgowy i wyprzedza biegaczy oraz uczestników na wózkach, doganiając każdego po kolei. Najlepsze jest to, że 100% wpisowego i wszystkich datków trafia bezpośrednio na badania nad rdzeniem kręgowym, aby w przyszłości pomóc w leczeniu jego urazów.

To tyle z oficjalnej strony imprezy. Oryginalna formuła biegu, wspaniały cel, 184 236 biegaczy na całym świecie, w tym 10 000 w Polsce. Szkoda, że wirtualnie, a nie jak co roku w Poznaniu. Trzy lata temu biegło nas tam w ekipie ETISOFT RUNNING TEAM… 15 osób. Było pięknie :-)

Prawie w komplecie trzy lata temu © djk71

Dziś każdy biegnie sam, a jednak razem… w jednym celu. Mimo, że będziemy biec solo to podobnie jak w latach ubiegłych gonił nas będzie samochodem pościgowym sam Adam Małysz. To m.in. Jego głos będziemy słyszeć w słuchawkach w trakcie biegu. Tak… będziemy słyszeć bo to bieg z aplikacją. Świetnie przygotowaną, pozwalającą choć trochę poczuć atmosferę wielkiego święta :-)

Ja postanawiam pobiec na strefie dołączając do ekipy Zabrzańskich Biegaczy.
Na starcie pojawiam się pół godziny przed startem wraz z żoną. Choć bieg wirtualny to na strefie jest kilkudziesięciu zawodników. Część solo część w towarzystwie osób na wózkach. Brawo dla nich. 

Wings For Life - przed startem © djk71

Ostatnie ustawienia w telefonie. 

Wings For Life - czy aplikacja działa? © djk71

I za chwilę ruszamy. 

Oczywiście każdy może biec dowolną trasą, ale wszyscy decydujemy się biec wyznaczoną wcześniej pętlą o długości ok. 3,7 km (wydawało mi się, że miała być dłuższa). Choć staram się pilnować tempa to ruszam nieco szybciej niż zakładałem. 

Po pierwszym kółku czuję, że zaczynają boleć mnie piszczele i zaczyna brakować oddechu. Co kilometr słyszę jednak w słuchawkach jaki to jestem dobry więc nie można odpuszczać. 
Chyba po 4,5 km słyszę, że wpisując w wyszukiwarce: legenda, mistrz, czy super bohater zawsze znajduje się moje zdjęcie :-) 

Wings For Life - biegnę © djk71

Po pół godzinie słyszę, że Kapitan Wąs (dla niewtajemniczonych Adam Małysz) odpalił silnik i zaczyna mnie gonić. 

Biegnę więc dalej. Po drugim kółku mówię żonie, że trzeciego już całego nie dam rady zrobić bo Adam mnie dogoni. 
Jednocześnie w słuchawkach słyszę, że istnieje coś twardszego niż diament - to moja niezłomność... 

Biegnę trzecie kółko. Jest ciepło, dla mnie zdecydowanie zbyt ciepło. Adam straszy, że jest coraz bliżej. 
Chyba w okolicach 10 km słyszę, że jeśli podbijalibyśmy inne planety to powinni mnie tam wysłać... :-) 

Wings For Life - byle do pomnika © djk71

O dziwo trzecie kółko zaliczam i biegnę czwarte. Wiem, że samochód pościgowy jest tuż za mną, ale jeszcze chce dobiec do pomnika górników, gdzie pewnie czeka Anetka, a który oglądaliśmy po raz kolejny przed startem. 

Wings For Life - przed startem przy pomniku © djk71
Wśród haseł motywujących była jeszcze wzmianka o moich mięśniach, że są chyba ze stali i na lotnisku nie przepuścili by mnie przez bramkę do wykrywania metali. 

O dziwo samochód jeszcze nie trąbi i... muszę biec dalej. 

Wings For Life - jeszcze biegnę © djk71

Ostatecznie przebiegam prawie 13 km. Niewiele mniej niż dwa lata temu w Poznaniu, choć wtedy regularnie ćwiczyłem. 

Wings For Life - Zrobiłem to © djk71

Jestem zmęczony, ale bardzo zadowolony. Bardzo. Cieszę się, że Anetka była tu ze mną. 

Wings For Life - z żoną © djk71

Teraz czas na odpoczynek. 

Wings For Life - z wirtualnym medalem © djk71


Bieg Wiosenny

Niedziela, 7 marca 2021 · Komentarze(2)
Właściwie planowałem w tym roku jeden tylko bieg po asfalcie, w październiku. No dobra... dwa... bo jeszcze Cyborg, ale powitanie nowego roku jest poza wszelkimi planami, to już tradycja :-)
Kiedy jednak Aga zapytała czy biorę udział w Biegu Wiosennym od razu się zapisałem. Nie wiem co w tym jest, ale meta na bieżni Stadionu Śląskiego zawsze na mnie działa jak magnes. Szkoda, że w tym roku nie mogło być kibiców, bo to jeszcze bardziej dodaje energii na ostatnich metrach, ale i tak Kocioł Czarownic, to Kocioł Czarownic :-)

Rano pobudka, śniadanko i mimo, że ciuchy spakowane to jeszcze raz przemyślenia w co się ubrać... Na zewnątrz ma być słonecznie, ale tylko cztery stopnie. Na szczęście zegarek pokazuje, że nie ma czasu na długie zastanawianie się więc zapinam torbę i schodzę do auta.

Pół godziny później melduję się pod Stadionem Śląskim. Część zawodników już na trasie, mój planowany start jest o 10:45. Żeby zachować dystans społeczny startujemy falami. W praktyce nie ma startów równo co 15 minut, tylko jeśli jest się gotowym to można ruszać. Mądrze, bo to oznacza, że na starcie zero tłoku.

W drodze na start spotykam Agę i Anię idące jeszcze do samochodu. Umawiamy się, że ruszamy razem. Po chwili docierają na start wraz z Tomkiem i Tomaszem ;-)

Pamiątkowe zdjęcie i ruszamy.

Przed startem © djk71


Biegniemy z Tomkiem razem, chwilę rozmawiając, ale po czasie na pierwszym kilometrze orientujemy się, że ruszyliśmy za szybko, a rozmowa tylko dodatkowo nas męczy. Trochę zwalniamy, ale wciąż jak na nas jest szybko. Mówimy trochę mniej. Trochę bardzo mniej :-)

Obiegamy żyrafę, mijamy Wesołe Miasteczko i zaczyna się podbieg obok zoo. Puls już po kilometrze sięgnął 185 i wiem, że już nie spadnie. Sprawdzam co jakiś czas licząc na jakiś cud, ale ten się nie zdarza. Na piątym kilometrze bufet, Tomek łapie wodę (ja mam swoją) i zostaje lekko z tyłu. Zwalniam żeby mnie dogonił, ale wciąż jest z tyłu. Biegnę dalej. Potem się okaże, że postanowił uspokoić soje tętno. Mam nadzieję, że się nie obrazi, że pobiegłem.

Wiem, że za chwilę skończy się podbieg i będzie łatwiej. Mimo to wciąż pozostanie prawie cztery kilometry do mety. Dużo i nie dużo. Czy dam radę przy takim pulsie, postanawiam spróbować.

Już widać stadion, ale jeszcze trzeba pobiec w drugą stroną przez chwilę. Półtora kilometra. Już wiem, że dam radę. O dziwo czas nawet niezły jak na brak biegania. Daleki do mojego rekordu, ale znacznie powyżej oczekiwań - 1:03:05. To dodatkowo motywuje. Jeszcze sześćset metrów i... podbieg do bramy stadionu. Daję radę. Na bieżni przyśpieszam.

Mam to. Zmęczony, ale zadowolony. Kilka zdjęć.

Zrobiłem to! © djk71

Chwilę później wbiega Tomek.

Mamy to :) © djk71

Wychodzimy ze stadionu, by.... po chwili wrócić... żeby oddać chipa przypiętego do buta. Zapomnieliśmy o nim.
Przybiegają dziewczyny.

W miłym towarzystwie © djk71

Udane przedpołudnie. :-)




Cyborg 2021, czyli jaki Nowy Rok...

Piątek, 1 stycznia 2021 · Komentarze(3)
Kilka ostatnich lat początek roku to start w Cyborgu. W tym roku... mimo wszystko... jest tak samo :-)
Super, że mimo wszystkich przeciwności udało się bieg zorganizować. Co prawda w nieco innej formule, ale w sumie nawet tego nie odczułem.

Przed startem spotykam Agę i Tomka. Chwilę później przyjeżdża Monika z Tomkiem, a na końcu przyjeżdża jeszcze... Tomek. Tomek w trzech osobach? No w sumie zostaliśmy tu zaproszeni na modlitwę biegową więc pewnie nie takie cuda się tu jeszcze wydarzą.

Odbieram zakupiony prezent biegowy, w którym od razu dostaję medal.

Medal jak zawsze śliczny © djk71

Ładny, ale nie ma lekko, najpierw trzeba na niego zapracować.
Tradycyjnie przed nami pętla o długości 7 km. Tym razem w odwrotnym kierunku, czyli obok zoo tym razem mamy podbieg. I to od razu na początku, bo start jest przy stadionie Gieksy.

Ruszamy z Agą i Tomkiem.

Pierwsze kółko na Cybrogu © djk71

Momentami brakuje oddechu, ale nic dziwnego skoro całą drogę gadamy :-)
Przed końcem pierwszego kółka zastanawiamy się co dalej. Ostatecznie Tomek kończy, a my postanawiamy zaliczyć jeszcze jedną pętlę.

Z Agą na Cyborgu © djk71

I o dziwo spokojnie się udaje.
Na szczęście Aga nie zaproponowała trzeciej ;-)

Na mecie wręczamy sobie sami medale.

Medale wręczamy sobie sami © djk71

I można pozować ;-)

Mamy to :-) © djk71

Na drugiej pętli zaczęły mi parować okulary. Na mecie okazało się, że nie tylko mi :-)

Zaparowane szkła © djk71

Super rozpoczęty nowy rok. W super towarzystwie. Miło było zobaczyć znajome twarze. Oby było dobrze przez resztę roku.

II International World Cup - 48h treadmill run - part II

Niedziela, 8 listopada 2020 · Komentarze(0)
Pobudka w nocy i ruszam pobiegać. Startuję o czwartej rano.

Przyjeżdżam sporo wcześniej, ale zwykle wolę być wcześniej niż później. Tu daje to też spokój zawodnikowi, którego będę zmieniał, wie że jestem i nie musi mieć gdzieś z tyłu głowy tego, że w razie gdybym zaspał on będzie musiał dalej ciągnąć sztafetę...

Po niektórych zawodnikach widać już niesamowite zmęczenie, ból, kontuzje... Inni jakby dopiero zaczęli.
Czuję, że jak ja po godzince zejdę będę wyglądał gorzej niż oni.

Rzut oka na stolik obok bieżni...

Bufet :-) © djk71

Potem dojdą jeszcze ziemniaczki ;) Akurat tuż przed tym jak będę kończył, więc załapałem się jeszcze na ciepłego ;)
Dziś zaczynam znacznie wolniej niż wczoraj, potem przyśpieszam, by przed końcem znów trochę zwolnić.

Bałem się jak będzie, bo po wczorajszym czułem mocno mięśnie, ale było ok. Przebiegłem co prawda pół kilometra mniej, ale dycha zrobiona :)

Niesamowite jest to jak ekipa jest w stanie biec 48h. Nie tylko ich kondycja (oczywiście robią przerwy), ale też organizacja, taktyka, wsparcie...  Trzymam za nich kciuki.

Fajnie było wziąć udział w takim wydarzeniu, Dzięki dla całej ekipy. I tej z którą biegłem i tej, która to zorganizowała!


II International World Cup - 48h treadmill run - part I

Sobota, 7 listopada 2020 · Komentarze(0)
Mistrzostwa świata mi się ostatnio spodobały ;-)
Najpierw w półmaratonie, trzy tygodnie temu. :-)

A teraz w... 48h bieganiu na bieżni mechanicznej. Wtedy z powodu pandemii zrobiłem to sam, na bieżni lekkoatletycznej. Teraz na mechanicznej robię to... w sztafecie. Zaproszono mnie do pobiegnięcia wraz z Reshape Runners więc nie mogłem nie skorzystać.

W związku z tym, że nigdy nie miałem problemów żeby wstawać w nocy, czy nad ranem, to na ochotnika zgłosiłem się na zapchajdziurę. I dziś wystartowałem o pierwszej w nocy.
Niby tylko godzinka, ale tempo ustawiłem szybsze niż zwykle i było to czuć. Teraz patrząc na zapis pulsometru widać to szczególnie.

Dobrze, że obok biegły znane postacie, że kolejni zawodnicy sztafety siedzieli obok czekając na swoją kolej, więc nie było opcji żebym odpuścił.

Dwie bieżnie dalej biegnie Patrycja B... © djk71

Ogólnie super atmosfera.

Ale co Wam powiem to Wam powiem... nie wyobrażam sobie biegać na bieżni 12h, a co dopiero 48. A są tacy co planują biec... 6dni!!!

Póki co prowadzimy :-) © djk71

Jutro ciąg dalszy ;-)

Mistrzostwa Świata w Półmaratonie czyli 53x400m po raz pierwszy

Sobota, 17 października 2020 · Komentarze(1)
Rok temu zapisaliśmy się na jedną z największych imprez biegowych jaka miała się odbyć w Polsce. Mistrzostwa Świata w Półmaratonie w Gdyni. Wraz z najlepszymi biegaczami świata miało wystartować ok. 30 tys. biegaczy. Wśród nich i my - Etisoft Running Team!

Chciałem powalczyć o życiówkę - idealne miejsce i czas :-) Chciałem. Niestety stało się co się stało. Wiosenny termin został przeniesiony na październik. Ostatecznie i ten został tylko dla elity. Reszta z nas otrzymała pakiety do domów i propozycję startu indywidualnego. Nie wszystkim się to spodobało, ale ja stwierdziłem, że i tak mam codziennie dość podziałów i walk między ludźmi i zaakceptowałem to co mi zaproponowano.

Postanowiłem sobie tylko utrudnić. Trochę pomogły mi też obostrzenia jakie obowiązują, nie bardzo miałem ochotę weryfikować, czy uprawiając sport w mieście dostanę mandat, czy nie.

Wybrałem stadion i bieganie po bieżni. Nigdy wcześniej nie miałem okazji biegać na bieżni, nie licząc finiszów na Stadionie Śląskim, czy beep testu z ReShape Runners.
Bieżnia, czyli... 53 okrążenia po 400 m. Czy dam radę psychicznie? Sam? Zobaczymy.

Na stadionie Walki pojawiłem się przed siódmą rano. Pusto i ciemno. Ruszam. Jest pięknie. Fajnie się biegnie. Zbyt fajnie. Zbyt szybko. Po pierwszych kilometrach zwalniam. Potem już biegnę w miarę stałym tempem. Nie jest źle. Dobra muzyka pomaga. Najgorzej było na początku gdy próbowałem odliczać ile mi zostało jeszcze. To nie był zbyt dobry pomysł.

Kiedy przestałem odliczać było zdecydowanie lepiej :-)

Medal z Mistrzostw Świata © djk71

Medal w środku © djk71


Życiówki nie było, ale nawet nie celowałem w to znając swoją obecną formę. Ale jestem zadowolony, że psychicznie dałem radę.

Półmaraton na bieżni © djk71

Takie moje mała Mistrzostwa Świata. I byłem najlepszy :-)

Ultramaraton Bieszczadzki i kontrabas w lesie?

Sobota, 10 października 2020 · Komentarze(0)
Po wczorajszym spacerze odebrałem pakiet startowy. Co prawda ze względu istniejące obostrzenia zapisywaliśmy się na konkretne godziny stawienia się w biurze zawodów, ale chyba nie wszyscy do końca się do tego stosowali. Swoje musiałem odstać. Pakiet za to na wypasie. Jeden z najlepszych (o ile nie najlepszy w tym roku).

Rano wstaję wcześnie, jem śniadanie i ruszam na stację kolejki, która ma zawieźć nas na start. Jadę w pierwszej grupie o 6:50. Na stacji orientuję się, że zapomniałem zabrać kijków z kwatery :-( Sam nie wiem, czy to dobrze, czy źle. Może bym je niepotrzebnie dźwigał, ale kto wie, może jednak by się przydały... Teraz już nie mam problemu.

Rześko. Na szczęście udaje się zająć miejsce w zabudowanym wagonie...

Niektórym udało się jechać w zabudowanym wagonie © djk71

Po kilkudziesięciu minutach dojeżdżamy do Solinki. Jeszcze kawałek pieszo i meldujemy się na starcie.

Pasażerowie :) © djk71

Zakładamy maseczki i czekamy na wystrzał oznajmiający start. Wcześniej z głośników lecą Moje Bieszczady by KSU ;-) Szkoda, że nie na żywo :-)

Strzał i start © djk71

Początek trasy asfaltem i po płaskim, a nawet lekko z górki. Dobrze, jest czas na rozgrzewkę.
Po trzech kilometrach zaczyna się wspinaczka. Ostra.

Pod górkę © djk71

Nikt (przynajmniej w zasięgu mojego wzroku) nawet nie próbuje biegać. Dopiero kiedy choć na chwilę się wypłaszcza ruszamy biegiem. Podejście dało jednak w kość i kiedy znów pojawia się choć drobny podbieg to większość znów przechodzi do marszu.

I tak na przemian bieg i marsz.

Pięknie tu © djk71

Póki co nie żałuję zapomnianych kijów. Na szczęście inaczej niż na Rzeźniczku dziś nie ma błota.
Gdzieś od dziewiątego kilometra dwukilometrowy zbieg. Jest super :-) Oczywiście brakuje sił i odwagi do szybszego biegu, ale jest ok.

Rzeczka musi być © djk71

Na bufecie wybieram ciepłą herbatę. Ogólnie jest dość chłodno, a że jestem cały mokry (nie pada, to pot) to czuć zimno...

Herbatka na bufecie © djk71

Za mną połowa drogi. Zaczyna się kolejne podejście. Zaczyna się i... odpadam. Odcina mnie. To pewnie ta herbata ;)

Brakuje mi sił żeby iść.

Słyszę dźwięki kontrabasu... i rockowe rytmy... Tu w górach, w lesie... na szlaku...

W górach, na szlaku, na "streecie" © djk71

Gdyby nie to, że czytałem, że niejaki Roman Huzior zamiast na streecie tutaj sobie dorabia ;) to bym pomyślał, że mam omamy...

Super pomysł! Jak dla mnie w idealnym momencie. Choć na chwilę wracają siły.

Niestety nie na długo. Jest ciężko. Trochę pomagają widoki.

Moje Bieszczady © djk71

Docieram na Okrąglik.

Okrąglik © djk71

Resztę trasy już znam. Co nie znaczy, że jest łatwiej.

Lubię ten klimat © djk71

Są momenty, że nawet ciężko mi się zmusić do zbiegania. Mimo to próbuję walczyć z samym sobą.

Tędy © djk71

Pomagają napotkani turyści. Nie dlatego, że dopingują (choć niektórzy rzeczywiście to robią i jest super), ale głównie dlatego, że widząc, że się zbliżają pojawia się jakaś dodatkowa motywacja, żeby się pokazać jak to jestem Pro... :-)

W końcu Cisna. Okazuje się, że tym razem udaje się Solinkę przekroczyć na sucho.

Za rzeczką już meta © djk71

Jeszcze boisko na Orliku i widzę żonę z aparatem...

Jeszcze kilka metrów © djk71

Przekraczam linię mety i mam dość... Jestem naprawdę zmęczony. Do tego dwójki dostały nieźle w kość...

Żyję :-) © djk71

Mimo to jestem zadowolony. Cieszę, że dałem się rodzince namówić na 26 km zamiast 14 km, które planowałem...  Czy kiedyś porwę się na kolejny próg... 52 km?
Co mam powiedzieć...? Pewnie tak... :-)

Dałem radę :-) © djk71

Pytanie kiedy :-)

Zasłużyłem :-) © djk71

Silesia - tym razem półmaraton

Niedziela, 4 października 2020 · Komentarze(1)
Miał być kolejny maraton w Katowicach, walka o kolejną życiówkę - poprawę zeszłorocznego wyniku, ale start na Janosiku zweryfikował moje możliwości i jeszcze tego samego dnia zmieniłem dystans na połówkę ;-)

Rano wcześnie wstaję i... leje. Trudno przez lata jeździłem w maratonach w deszczach to mogę i pobiegać, chociaż prognozy mówiły, że koło dziewiątej ma przestać.
Kiedy wychodzimy z żona z domu leje. Kiedy parkuję w Chorzowie i wyłączam silnik przestaje padać. I już do końca zawodów nie będzie padało :-)

Zmęczony już przed startem © djk71

Pod stadionem spotykam Agę i Tomka. Aga niestety ma kontuzję i tylko kibicuje mężowi.
Kibicujemy startującej Teresce, robimy pamiątkowe zdjęcie...

Kto jak nie my? © djk71

... i ruszamy do strefy...

Ruszamy na start © djk71

Przy wejściu jedna z zawodniczek chce spryskać ręce pod... czytnikiem kodów kreskowych ;-) Zryli nam berety... :-)

Pochmurno na starcie © djk71

W strefie prządek.

Gotowi do startu © djk71

Ułatwiają to zielone kropki.

Kropki dystansowe © djk71

Ruszamy.

Od razu mówię Tomkowi, że każdy biegnie swoim tempem. Przez pierwsze 5 km, gdzieś do Spodka, a może nawet trochę dalej biegniemy blisko siebie, potem mi lekko ucieka.
Staram się panować nad emocjami wiem, że jeszcze trochę przede mną.

10 km i jest spoko, teraz nudna droga do Siemianowic. Szkoda, że tak mało kibiców. Dopiero w Siemianowicach jest ich trochę więcej, ale i tak trudno to porównać z Warszawą czy Wrocławiem.

Podbieg pod wieżę telewizyjną w Bytkowie. Na maratonach zawsze nie dobijał, ale też w nogach miałem już wtedy o dwadzieścia kilometrów więcej.
Dziś nie ma problemu, lekko zwalniam, ale cały czas biegnę, rozmawiam z innymi, tym razem to ja próbuję innych podnieść na duchu.

Kiedy ja się jeszcze męczę, na metę wbiega Tereska.

Jest Tereska © djk71

Jest też słynna Pani z Parasolką - dziś to jej 50. maraton, choć tym razem na wózku. Szacunek!

50. maraton Pani z Parasolką © djk71

Wbiegamy do Parku Śląskiego, ostatnie kilometry. Gdzieś około 19-20 km zaczynam czuć zmęczenie. Nie szkodzi, wiem, że już dobiegnę.

Chwilę przede mną wbiega na stadion Tomek.

Tomek się cieszy © djk71

Jest Stadion Śląski i jak zawsze moment wbiegnięcia do tunelu to dodatkowy zastrzyk energii.

Już na stadionie © djk71

Już blisko © djk71

Już widzę żonę na trybunach, jeszcze tylko kawałek...

I jest meta © djk71

... i mam to.

Kolejny półmaraton zaliczony © djk71

Czas: 2:21:56. Jestem zadowolony, choć to wynik daleki od życiówki, ale biorąc pod uwagę trasę i to jak trenowałem w tym roku to i tak powyżej oczekiwań. :)


Zbójnicka Śleboda

Sobota, 29 sierpnia 2020 · Komentarze(4)
Jak pewnie Ci, którzy czytają mojego bloga regularnie zauważyli, od początku pandemii mam pod górkę z bieganiem. I nie chodzi tu o to, że trenuję w górach, a o to, że straciłem zapał do biegania.  Plany na ten rok były ambitne, ale kolejne odwoływane lub przenoszone biegi skutecznie zniechęcały do regularnego trenowania. Już wyjazd na Rzeźniczka prawie trzy miesiące temu był wariactwem, ale udało się. Kolejne miesiące upłynęły praktycznie prawie bez treningów, nie licząc kilku krótkich biegów w Austrii. 

Patrząc na to co się dzieje i, że w Niedzicy ogłoszono czerwoną strefę łudziłem się, że Ultra Janosik też zostanie odwołany. Niestety nie został. Co było robić, trzeba było przyjechać, ale wizja 35 km po górach, dodatkowo w upalnej pogodzie nie nastrajała mnie zbyt optymistycznie. 

Jeszcze pełen optymizmu © djk71


Na miejscu zameldowaliśmy się w piątkowe popołudnie. Odbiór pakietów startowych, obiadek i choć gdzieś po głowie chodziła nam jakaś aktywność to reszta wieczoru to po prostu chillout plus analizowanie map, wymogów związanych z wyposażeniem obowiązkowym itp. 


Zaraz ruszamy © djk71

Mimo, że spakowaliśmy się już w piątek to w sobotę na miejsce zbiórki przyjeżdżamy na styk. Do tego przy wejściu do autokaru, który wiezie nas na miejsce startu, okazuje się, że niektórzy jednak zapomnieli tego i owego :) - i to nie byłem ja :)

W drodze na start © djk71

Ostatecznie jednak udaje się w komplecie dotrzeć na miejsce startu. 

ETISOFT Running Team © djk71

Mamy chwilę czasu jeszcze na ostatnie poprawki, toaleta, ustawienie nawigacji w zegarkach (jak się potem okaże niepotrzebne, bo trasa perfekcyjnie oznakowana) i ustawiamy się na starcie. 


Przed startem © djk71

Ruszamy, pierwsze kilkaset metrów po asfalcie i mimo, że truchtem to... tętno... 190. Nie wróży to niczego dobrego. 
Skręcamy w teren i przed nami długie podejście. Kijki idą w ruch. Tętno dalej wysokie, praktycznie cały czas 180+, ale idzie mi się dobrze. Wyprzedzam nawet Tereskę, choć zdaję sobie sprawę, że to kwestia kilku chwil, gdy znów ją zobaczę i... będzie to ostatni raz w tym biegu :). Jeszcze na górze spotykam Adama i Piotra, ale oni też popędzą do przodu. 

Chwilę później zaskakuje mnie... Bufet. Mimo, że oglądałem mapę kilkukrotnie to... tego punktu nie zarejestrowałem. Miła niespodzianka. 

Biegnę, nie jest źle, mimo wysokiej temperatury chmury zasłoniły słońce więc da się ruszać.

Chmurki cieszą © djk71


O dziwo pierwsze dziesięć, a nawet chyba trzynaście kilometrów udaje się pokonać w całkiem przyzwoitym jak na moją kondycję tempie.

Zmęczony na Janosiku © Walusza Fotografia

Zaczynam w głowie liczyć, o której jestem w stanie dobiec do mety. Wszystko brzmi bardzo obiecująco. Z obliczeń wychodzi mi, czas może być zbliżony do Rzeźniczka, choć tam było o siedem kilometrów mniej do zaliczenia. Jeszcze nie wiem, jak bardzo niepoprawnym optymistą jestem. 

W Trybszu spotykam drugiego Piotra, miło zobaczyć znajomą twarz. Cieszy też cola na punkcie i... ziemniak...  :)

Bufet na bogato © djk71


Siedem kilometrów później kolejny bufet w Dursztynie. Tu jest zupka, ale jakoś nie mam ochoty próbować, czuje od kilku kilometrów lekki niepokój w żołądku więc wolę nie ryzykować. Cola, woda, arbuz i biegnę dalej. Czas wciąż ok, za mną około 21 kilometrów. 


Zaczyna się podbieg, kije znów idą w ruch, ale jeszcze nie wiem co mnie czeka. Choć pamiętam, że na mapie była ścianka to jakoś cały czas sobie wmawiałem, że to tylko tak wygląda na profilu wysokości... 
O jak bardzo się myliłem... Ta prawie pionowa kreska na mapie nie kłamała. Nie wiem ile razy się zatrzymywałem - oczywiście żeby zrobić zdjęcia ;)

Biegamy © djk71

Nie tylko ja, prawie wszyscy... Odgłosy jakie można było usłyszeć brzmiały jak co najmniej z miejsca tortur. Choć w jednym przypadku nie do końca byłem pewien co słyszę... Wspinająca się dziewczyna wydawała takie głosy, że nie byłem pewien, czy to przedśmiertne charczenie (nigdy nie słyszałem, ale na pewno tak to brzmi), czy długi niekończący się orgazm. Myślałem czy nie pomóc jeśli to było to pierwsze, ale jeśli to był drugi przypadek to na wszelki wypadek postanowiłem nie przeszkadzać. 

Nie tylko ja miałem dość © djk71

Kiedy zobaczyłem na trasie linę myślałem, że to jakoś żart, ale nie.. choć początkowo ją ignorowałem to ostatecznie też się na niej wciągałem. Niestety skończyła się przed szczytem i końcówkę trzeba było walczyć bez pomocy. 
W końcu bez sił zameldowałem się na górze Żar.

Gdyby wzrok mógł zabić... po wejściu na Żar na UJ2020 © Golden Goat Production

24. kilometr pokonywałem... ponad 37 minut!


Covid nie dał rady © djk71

Zupełnie bez sił próbowałem ruszyć dalej. Mimo, że było momentami w dół to nie miałem już siły biec. Kilkaset metrów dalej usiadłem na drzewie i... myślałem, że tak zostanę. Brak sił, mdłości, gorąc... Gdyby dalo się tam zejść z trasy to nie wiem czy bym tak nie zrobił. Tylko... nie było jak zejść. 

Ruszyłem dalej. Od tego momentu prawie całość to był już tylko marsz. Widziałem, że nawet idąc zmieszczę się w limicie czasu, co w żaden sposób nie dopingowało do podjęcia próby biegu. 

Chyba jednak byłem zmęczony © djk71

Zapomniałem już o wszystkich optymistycznych obliczeniach sprzed kilku godzin. Teraz chciałem tylko dotrzeć do mety i spokojne umrzeć. 

Jakieś trzy, cztery kilometry przed metą kończy mi się picie. Super, tego mi tylko było potrzeba. 

Dwa kilometry przed końcem rzeźni spotykam Tereskę, która już dawno skończyła i wyszła mi naprzeciwko. Miło.

Tereska w akcji © djk71


Bardzo miło. A przynajmniej dopóki nie słyszę: Biegnij, teraz już do końca! Dasz radę! 

Pięknie tu © djk71

Ale jak? Próbuję szybciej ruszać nogami i o dziwo daję jeszcze radę. Fakt, że jest z górki, ale już wcześniej było i nawet nie próbowałem.

Już końcówka © djk71


Dobiegam już do samej mety. 

Inni już dawno leżą, a ja wbiegam na metę © djk71

Dzięki Tereska :) 

Mamy to!!! © djk71

Przebiegam linię mety i mam dość, chyba nawet nie mam siły się cieszyć.

Piękny medal © djk71


To był mój najtrudniejszy bieg. Najdłuższy w górach, w słońcu, którego nie znoszę, ale przede wszystkim... bez treningu. A to już tylko i wyłącznie moja wina. Nie mogę niczego, ani nikogo winić, tylko siebie. Wiedziałem na co się piszę i nie robiłem nic. Jak to było w Cholonku: "Z niczego nie ma nic". I taka jest prawda.

Dostałem niezłą lekcję. Czy jestem zadowolony? Zmieściłem się w limicie, pokonałem najdłuższy dystans, były super widoki na trasie, spotkałem się ze znajomymi, poznałem nowe pozytywnie zakręcone osoby... Więc tak, warto było, jestem zadowolony. Choć chyba z wszystkiego oprócz samego biegu, a może oprócz mojej głupoty. 

Jak zawsze mam mocne postanowienie poprawy, wizję regularnych treningów, ale co z tego wyjdzie... Zobaczymy. 

Pierwsze działania poczynione. Zmieniłem dystans na Silesii z maratonu na połówkę. 
Mimo wszystko bieganie ma mi sprawiać przyjemność, a wiem, że za miesiąc to byłaby męczarnia. 









Rzeźniczek

Piątek, 12 czerwca 2020 · Komentarze(1)
Z wiadomych powodów większość imprez biegowych została odwołana lub przeniesiona na okres jesienny. Z biegami odbywającymi się w ramach Festiwalu Rzeźnika można było zrobić podobnie. I część naszej ekipy przeniosła swoje starty na przyszły rok. Ja przegapiłem krótki okres kiedy można było to zrobić. Gapiostwo kosztuje - muszę wystartować w tym roku.

Mimo, że od początku wybrałem stosunkowo krótką trasę - Rzeźniczka - w tym roku ok. 26 km długości i ok. 1000 m przewyższeń to się trochę boję. W kwietniu biegałem dwa razy, w maju trzy… i to głównie po płaskim i na znacznie krótszych dystansach.

Jest i medal :-) © djk71


Formuła wszystkich biegów też nieco inna. Startujemy i kończymy w Cisnej. I choć jest pomiar czasu to każdy startuje o innej godzinie w okresie od 6 do 14 czerwca - można sobie wybrać dowolny dzień. Wszystko to trzeba było wcześniej zadeklarować w swoim panelu uczestnika. Ja wybrałem start w piątek o godz. 9:00.

Pakuję się już dzień wcześniej, jak zawsze dylematy: co zabrać na trasę, ile jedzenia, ile picia. Tym razem jest to o tyle ważne, że na trasie nie będzie bufetów, chyba że ktoś sobie sam zorganizuje. Taki właśnie plan mają koleżanki, z którymi dzielimy domek. Ich mężowie mają pojawić się tuż przed początkiem najtrudniejszego odcinka. Jest szansa, że i ja na tym skorzystam. :)

W nocy i nad ranem strasznie leje. Dźwięki deszczu uderzającego z ogromną siłą w dachy domków nie działają motywująco. Na szczęście rano przestaje padać i… zapowiada się ciepły, słoneczny dzień.

Śniadanko, toaleta i ruszam do Cisnej. Jadę sam, bo bez sensu żeby Anetka czekała kilka godzin na mecie. Znajomi startują pół godziny po mnie więc też mają jeszcze trochę czasu.
Jak zawsze dojeżdżam na start trochę wcześniej - wole mieć chwile czasu w zapasie niż się stresować, że nie zdążę. Okazuje się, że tym razem nie ma to żadnego znaczenie, bo kiedy wchodzę do strefy startowej okazuje się, że mogę już biec mimo, że jestem dwadzieścia minut przed czasem. No tak, przy przydzielaniu czasów chodziło głownie o to, aby nie było tłoku na starcie.

Ruszam…. Od razu po błocie i… po jakiś 200 m pierwsza niespodzianka… przeprawa przez rzekę…

Gdyby był niższy poziom wody byłoby na sucho © djk71

Biegnąc za innymi staję przed wąskim betonowym przejściem gdzie nogi zamaczam tylko do kostki :-) lub mogę przejść obok na szerszą drogą z linką do asekuracji i moczeniem nóg co najmniej do kolan ;) Z rozpędu wybieram pierwszą wersję i.. To nie jest coś co lubię… boję się, że za chwilę z tego spadnę i wykąpię się cały. Szczęśliwie udaje się dotrzeć na drugi brzeg bez przygód.

Tylko… teraz przede mną 26 km biegu w zupełnie mokrych butach… Tego się nie spodziewałem i nie ukrywam, że nieco się boję jak zareagują na to moje stopy.
Po chwili okazuje się, że to nie koniec atrakcji. Od razu zaczyna się podbieg (podejście) z pięknym błotem. :-) W ruch idą kije. Po jakimś kilometrze walki z brązowym…. sami wiecie czym wybiegamy na szeroką szutrówkę.

Szeroka szutrówka © djk71


Czuję jakiś podstęp, ale korzystam z tego co jest i biegnę. Pamiętając, że przede mną jeszcze najtrudniejsze odcinki staram się oszczędzać siły. Tag gdzie jest w miarę łatwo truchtam, a jak zaczyna się pod górkę to przechodzę do marszu. Tłumaczę to rozsądnym podejściem do startu (a nie brakiem kondycji ;) ).

Póki co jest spoko © djk71

Szutrówka ciągnie się wyjątkowo długo. Mam podejrzenie, że tak być może nawet do początku trasy na Fereczatą. I… nie mylę się. Za to mylne były moje nadzieje na spotkanie organizowanego przez znajomych bufetu. Wiem, że mieli mieć colę i choć zwykle jej nie lubię to tutaj biegłem z myślą, że przed najtrudniejszym odcinkiem nie tylko się jej napiję, ale również wleję sobie trochę do soft flaska.

Niestety okazało się, że dotarłem do miejsca spotkania zbyt wcześnie… Czuję lekkie rozczarowanie :-( Nic to, trzeba zacząć wspinaczkę bez kofeiny. Łatwo nie jest, ale nie daję się. Wiem, że ten odcinek jest stromy, ale… kiedyś się skończy :-)

Kiedy docieram do pierwszego szczytu czuję lekkie zmęczenie, ale jestem zaskoczony, że poszło tak szybko.

Pięknie tu © djk71

Za mną już ponad połowa trasy. Cały czas czekam kiedy dogoni mnie ekipa, w której biegnie Magda z Asią i Piotrkiem. Póki co mam od startu motywację żeby uciekać im tak długo jak tylko się da…. Oprócz nich goni mnie jeszcze Adam z Anetą i drugim Piotrem. W sumie to spodziewam się, że to oni pierwsi mnie dogonią. Pytanie tylko kiedy.



Róbmy sobie zdjęcia © djk71

Znów można biec, a przynajmniej próbować, bo łatwe to nie jest. Błoto skutecznie zniechęca do zbyt szybkiego szarżowania.

Jaki kolor miały buty? © djk71

Co chwilę ktoś wywija orła. Do tego na trasie sporo ludzi w obie strony (trasy różnych biegów się tu krzyżują, łączą), oprócz biegaczy są też turyści choć Ci stanowią akurat niewielki procent spotkanych miłośników błota.
W sumie to trochę dziwne, że jest tylu biegaczy mimo, że starty były rozłożone na cały tydzień, a część zawodników przepisała się na przyszły rok.

Tak, czy inaczej gdzie się dato biegnę. Nie wszędzie się da bo czasem jest po prostu niebezpiecznie, a czasem błoto wciąga tak mocno, że trzeba sprawdzać czy but jeszcze na nodze, czy ugrzązł gdzieś za nami…

Trochę błotniście © djk71


Póki co nie jest też zupełnie płasko, co chwilę kolejne podbiegi i kolejne szczyty… Okrąglik, Wielkie Jasło, Małe Jasło...

Jeszcze trochę przede mną © djk71

W pewnym momencie czuję już silne zmęczenie… zaczynam mieć dość podbiegów…

Jeszcze trochę © djk71


Na szczęście to już był chyba ostatni….

Jest nieźle © djk71

Teraz zbieg do szutrówki, a kawałek dalej ostatnia już walka z błotem…

Jakieś 500 m przed metą dogania mnie Piotr, czyli jednak… a już miałem nadzieję, być na mecie przed resztą (i co z tego, że miałem handicap na starcie :-) ). Pozostało mi walczyć żeby już nikt inny z naszej ekipy mnie nie dogonił :-)

I na deser przeprawa przez rzekę. Tym razem nikomu ona nie przeszkadza. Zaraz meta, a tu jest okazja nie tylko chłodzić nogi, ale też opłukać choć trochę buty.

Czyszczenie butów © djk71

O ile to pierwsze się udaje to świeżo opłukane obuwie po chwili ląduje w kolejnej porcji błota na końcowym odcinku do mety.

Jest meta. Zrobiłem to! :-) Zmęczony, ale szczęśliwy. 4:59:58.

Zrobiłem to! © djk71

Po chwili przybiega Aneta.

Jest i Aneta :-) © djk71

Oddajemy czipy, bierzemy po piwie (na szczęście jest wersja zero) i… koniec imprezy. Kiedy przybiega reszta ja już biorę kąpiel.

Cieszę się, że wystartowałem. Mimo ogromnego błota i braku przygotowań do startu…. Żyję i czuję się całkiem nieźle. Biorąc pod uwagę, że udało się połączyć start z krótkim urlopem… Jest super.