Silesia Race 2016, czyli ciężko i świetnie

Sobota, 15 października 2016 · Komentarze(4)
Debiut na kilkuetapowym rajdzie przygodowym. Kusiło, kusiło i skusiło. W towarzystwie Alicji, koleżanki z pracy meldujemy się w sobotni poranek w Kuźni Raciborskiej. Trochę niepewni, ale pełni optymizmu zgłaszamy się w biurze zawodów. Dostajemy numerki, pamiątkowe kubeczki i magnez :-) Do tego Ala rzuca kostką i zostaje naznaczona. Nie wiem jeszcze po co.

Naznaczona © djk71

Dopiero na odprawie okazuje się, że będzie to miało znaczenie w Prologu.

Profesjonalna odprawa © djk71

Spotykam sporo znajomych, nie ma jednak dużo czasu na pogaduchy, bo trzeba się przebrać i przygotować rzeczy na przepak. Po chwili pamiątkowe zdjęcie i zaczynamy zabawę. Przed nami 5 etapów i limit czasu 24h - dziwnie dużo.

Prolog
Jako, że ja mam czystą rękę to Ala zostaje zamknięta na Orliku, a ja biorę udział w pierwszej części zabawy. W czterech rogach terenu szkolnego (dwóch wewnątrz, dwóch na zewnątrz) rozdawane są mapy okolic szkoły z zaznaczonymi miejscami, gdzie umieszczone są lampiony z perforatorami. W każdym z punktów są mapy dla innej kategorii (piesza, rowerowa, przygodowa Open i przygodowa Extreme) - trzeba znaleźć swoją. Czas start i ruszam.

Gdzie te punkty? © djk71

Pierwszy róg i pudło - rowerowa. Biegnąc do drugiego słyszę: piesza. Zawracam. Trzeci róg to mój - Open. Biorę mapę i od razu kieruję się do pierwszego lampionu.

Jest punkt © djk71

Jest nas tak wielu, że nawet  nie trzeba specjalnie patrzeć na mapę, bo od punktu do punktu biegną grupki rywali. Z szóstego punktu zawodnicy biegną w stronę lasu. Podążam za nimi, choć nie pamiętam żeby tam był punkt. W biegu przyglądam się mapie i oczywiście mam rację. Nie wiem dokąd pobiegli, może mieli inne mapy, ale ja niepotrzebnie zaliczyłem kilkaset metrów. Zaliczam ostatnie dwa punkty i biegnę do Alicji.

Jest komplet, zaraz dostaniemy mapę © djk71

Odbieramy mapy i opisy punktów i ruszamy po rowery.

Start
Kreślimy trasę rowerową. Kajakowej nie ma potrzeby, bo okazało się, że na niej nie ma żadnych punktów. Wytyczamy też pierwszy odcinek trekkingowy. Czas ruszać na pierwszy etap.

Etap rowerowy pierwszy
Tu kolejność zdobywania punktów jest obowiązkowa.

PK 1 - Skrzyżowanie przecinek (Drzewo na południe od skrzyżowania)
Ruszamy i zapominam mierzyć odległości więc wyjeżdżamy kawałek za daleko, ale widok innych zawodników naprowadza nas na punkt. Alicja podbija kartę i pierwszy punkt zaliczony.

Pierwszy punkt © djk71

PK 2 - Budowla hydrologiczna (Północny wylot wody ze zbiornika wodnego. Za barierkami)
Kolejny punkt w pobliżu Góry Zamkowej gdzie ostatnio kręciliśmy z Alą. Tym razem podjeżdżamy od łagodniejszej strony. Punkt jest w pobliżu.

Czasem trzeba się schylić © djk71

PK 3 - Skrzyżowanie dróg (Drzewo, na zachód od skrzyżowania)
Do kolejnego punktu trafiamy również bezbłędnie, z tego co widzimy to nie wszystkim poszło tak łatwo :-)

PK 4 - Stanica kajakowa (Obiekt należący do firmy "Aktywni Rybnik")
Jedziemy dalej spokojnym tempem. W końcu przyjechaliśmy się tu dobrze bawić, a nie wyzionąć ducha :-)
Do stanicy trudno nie trafić, bo stojący po drodze ludzie sami wskazują nam gdzie skręcić. Etap rowerowy zakończony. Zostawiamy rowery.

Etap kajakowy
Częściowo się przebieramy, przede wszystkim zmieniamy buty i ruszamy po kapoki. Chcemy zająć miejsca w kajaku, ale obsługa przypomina nam o wiosłach. W sumie mogą się przydać ;-)

PK 5 - Paproć
Ruszamy i... już po chwili zostajemy obróceni i płyniemy tyłem. A co... potrafimy :-)
Szybko dogadujemy się, że nasze doświadczenie kajakowe jest delikatnie mówiąc niezbyt wielkie. Po chwili jednak udaj nam się zawrócić i... kiedy wydaje nam się, że opanowaliśmy potwora... lądujemy w szuwarach.

Znów utknęliśmy © djk71


Ok, kolejna próba i zauważamy, że dostaliśmy wybrakowany kajak. Przecież on nie ma kierownicy!
Nie szkodzi, poradzimy sobie bez. Nie jest to jednak takie łatwe, bo Ruda jest mocno meandrująca. Kiedy już opanowujemy zakręcanie to pojawiają się nowe przeszkody. Drzewa w poprzek rzeki. Jak się okazuje nie zawsze można je łatwo ominąć. Czasem trzeba to zrobić... górą. Czasem trzeba się położyć. Lepiej lub gorzej, ale  płyniemy do przodu.

Łatwo nie jest © djk71


Okazuje się, że to nie koniec niespodzianek. Ktoś z nas waży zbyt wiele i... zaliczamy mieliznę. Ruchem posuwistym udaje się nam jednak wrócić na właściwy szlak.

Dochodzimy do wniosku, że ktoś nas nie lubi, bo dostaliśmy kajak nie tylko bez kierownicy, ale również najwolniejszy. Naprawdę. Wszyscy nas wyprzedzali, a my nikogo.


Do tego robił co chciał, szczególnie przy ostatnim drzewie - za nic nie chciał pod nim się zmieścić.

Niektórzy tak pokonują drzewo © djk71


A jak już próbował to chciał nas zgnieść. W końcu Ala decyduje się przejść nad drzewem i ląduje w... płyciutkiej wodzie. Gdybyśmy wiedzieli, że tak tu płytko to byśmy poszli pieszo, a nie tracili tu... kilkunastu minut.

Szczególnie, że 100m dalej jest PK. To koniec wodnej przygody, wyciągamy kajak na brzeg i szukamy naszych rzeczy na przepaku. Zmęczeni przebieramy się i posilamy. Pomny przestróg Basi i Grzesia przygotowałem sobie mocne worki, do których miałem wrzucić plecaki na czas podróży kajakiem. Adrenalina sprawiła, że to worki wędrowały w plecaku. Efekt - mokry plecak i wszystko co w środku - do tego za chwilę wyląduje na moich plecach na kolejne etapy :-( 

Etap trekkingowy pierwszy
Dowolna kolejność zaliczania punktów
W planach było bieganie, albo przynajmniej marszobieg. Teraz już wiemy, że to będzie marsz.

PK 6 - Most kolei wąskotorowej (Drzewo na południowy - wschód od południowego krańca mostu)
Do punktu idziemy po torach. Spotkany pracownik bez pytania informuje nas, że most za 100m :-) Punkt zaliczony :-)

Na mostku © djk71


PK 7 - Stacja kolei wąskotorowej (Zadanie specjalne, punkt otwarty do godz. 16:00)
Na stacji czeka nas przejażdżka drezyną. Jazda prosta jak już się udaje ruszyć ;-)

Ale fajnie © djk71

Dziwne towarzystwo tylko się tam kręci :-)

Musieliśmy :) © djk71

PK 8 - Przecięcie strumienia przez drogę (Drzewo, wzdłuż strumienia w kierunku północno - wschodnim)
Ruszamy dalej i mylą mi się kierunki. Trudno, nadrabiamy kawałek, ale po chwili jesteśmy na właściwej drodze. Po chwili skręcamy trochę za wcześnie, ale znów korygujemy błąd. Mijamy Rudkę i... nie zauważamy skrzyżowania ścieżek, więc znów korekta. W końcu jest punkt.

Ponoć zlewałem się z tłem © djk71

PK 9 - Skrzyżowanie dróg (Drzewo na zachód od skrzyżowania)
Idziemy i idziemy, a końca nie widać. Tym razem jednak punkt zaliczony bez niespodzianek.

PK 10 - Zakole rzeki (Drzewo)
Jeden z zespołów informuje nas, że ma informacje, że na dziesiątce nie ma lampionu. To źle, trzeba będzie szukać zielonej farby. Skręcamy w jedną z przecinek i punkt powinien być mniej więcej na tej wysokości. Jednak zamiast szukać punktu, nie wiedzieć czemu, ruszamy w kierunku idącego w oddali zespołu. W efekcie robimy spore kółko, ale w końcu znajdujemy drzewo, co ciekawe z lampionem. I oczywiście było tuż obok miejsca, które niedawno opuściliśmy. To chyba zmęczenie.

Ala szuka zapomnianego szamponu © djk71

PK 11 - Stanica kajakowa (Obiekt należący do firmy "Aktywni Rybnik")
Powrót po rowery też nie bez problemu. Bo czemu niby najkrótszą drogą? My lubimy chodzić :-)

Etap rowerowy drugi
Przerwa. Posilamy się na bufecie. Przebieramy się i... orientuję się, że licznik pozostał w koszulce, którą oddałem na przepaku :-( Do tego jest już późno, a ja pełen wiary, że szybko zaliczymy te etapy nie wziąłem ani lampki, ani czołówki. Zastanawiam się gdzie możne kupić jakiekolwiek lampki - Biedronka, stacja benzynowa? Z pomocą przychodzi Ala, mówiąc, że mogę wykorzystać jej czołówkę. Ruszamy.

A to było w moim bucie © djk71


PK 12 - Północno - wschodni róg byłej polany (drzewo, na wschód od ambony)
Punkt prosty, choć ciężko się nawiguje bez licznika. Spotykamy parę, z którą jeszcze nas los dziś zetknie.

PK 13 - Skrzyżowanie dróg (Drzewo, na zachód od skrzyżowania)
Jedziemy znajomymi drogami w okolicach Rud. Czujemy zmęczenie. Brak licznika i niekorzystanie z linijki powoduje, że skręcamy zbyt szybko i długo szukamy punktu w złym miejscu. Wracamy do drogi.  Przy kolejnej przecince spotykamy znów Olę i Michała - oni dla odmiany pojechali za daleko. Jedziemy i znów nie mierzymy odległości. W rezultacie zapuszczamy się w trudno przejezdną ścieżkę. To nie to. Szukamy dalej i oczywiście punkt jest. Co więcej przedtem byliśmy od niego jakieś 100-200m :-(

PK 14 - Szczyt górki (Ambona)
Dojazd wydaje się prosty, a jednak coś nam się nie zgodziło i znów lądujemy w złym miejscu. A kusiło mnie wcześniej żeby skręcić.
Michał posiłkuje się GPS-em w telefonie i porównuje zdjęcie satelitarne z terenem. To chyba pierwsze zawody, na których jestem gdzie można korzystać z GPS-a. Jest mi to tak obce, że nawet nie pomyślałem o tym żeby zabrać swoje urządzenie, albo power banka do telefonu. Tu jednak się przydaje. Szczególnie, że jest ciemno i jesteśmy mocno zmęczeni. Jest punkt na czymś co przypomina wydmę.

PK 15 - Szczyt górki (Drzewo)
Choć na mapie wygląda to prosto, to w praktyce jest gorzej. Mamy górkę, ale nie ma punktu. Z wielkim trudem dochodzimy do tego gdzie ma być punkt, ale go nie ma :-( Przyjeżdża kolejna para i szukamy już w szóstkę. I... jest punkt. Pora wracać do bazy, bo zmęczenie nie pozwala myśleć.

I co z tego, że ciemno? © djk71


PK 16 - Drzewo (Za drewnianym schronieniem dla myśliwych. Przy wschodniej stronie jeziorka)
Po drodze jest jeszcze jeden punkt więc grzech go nie zaliczyć. Zatrzymujemy się przy drewnianej wiacie i zaczynamy poszukiwania. Punktu jednak nie ma. Raz jeszcze czytam opis i ruszam wzdłuż jeziora. Oczywiście właściwa wiata jest ze wschodniej strony. Punkt też.

PK 17 - Baza zawodów
Wracamy do bazy. Dla nas to chyba koniec. Jednak nie jest łatwo. Trafiamy na jedno z organizatorów. Marcin wydaje krótką komendę: Tam jest grochówka, tu pączek i cola, a potem marsz na trasę!

Etap trekkingowy drugi
Nie było wyboru. Zjedliśmy przepyszny zestaw, odstawiliśmy rowery, przebraliśmy się i wraz z naszymi towarzyszami z rowerów ruszamy ciemną nocą do lasu.

PK 24 - Skrzyżowanie rowów (Drzewo)
Rozmowy zaczynają cichnąć, każdy gdzieś tam chyba myśli już o łóżku Ale idziemy. Coraz trudniej nam się nawiguje, do rowów docieramy przedzierając się przez krzaki, żeby wyjść z punktu elegancką ścieżką. No cóż... Bez komentarza. Dochodzimy z Alicją do wniosku, że na nas pora. Tym bardziej, że Ali chyba się znudziło moje towarzystwo. Woli wszelkiego rodzaju robactwo, które od kilku godzin zaprzyjaźnia się z Nią coraz bardziej :-) Żegnamy naszych towarzyszy i ruszamy do bazy.

PK 23 - 11. Dywizjon rakietowy Obrony Powietrznej - zgliszcza (Zadanie specjalne + punkty z dodatkowej mapy E, F, G, H)
Po drodze postanawiamy zaliczyć jeszcze jeden punkt z zadaniami specjalnymi. Punkt znaleziony. Okazuje się, że w okolicy są cztery kolejne pokazane na dodatkowej mapce. To ponoć tylko 1,5 km żeby zebrać wszystkie. Ala nie chce dać się namówić na dodatkowy spacer.
Dzielimy się zadaniami. Ala rusza na wspinaczkę po ścianie budynku, a ja mam się wspiąć bo drabince na drzewo i przejść po linach do ruin budynku. Zakładam uprząż i... nie jestem w stanie podnieść nogi na drabinkę. W końcu udaje się, ale jest jeszcze druga. Z trudem udaje mi się ją umieścić na drugim szczebelku. Tyle, że do góry jeszcze wiele takich stopni. Nie jestem w stanie podciągnąć się rękami żeby zrobić krok wyżej. Odpuszczam. Nie mam siły. Ala ratuje honor drużyny i wykonuje zadanie.
Teraz jednak już nawet nie próbuję namawiać mojej partnerki na bunkry. Odpuszczamy te proste punkty, jak i wszystkie inne.

Meta

Wracamy do bazy. Jest godzina 00:37. Po ponad 15 godzinach oddajemy karty. Daliśmy z siebie dużo. Może nie wszystko, ale bardzo dużo. Ledwie idziemy, zmęczenie, odciski, robactwo, ciemność, brak kompletu punktów na ostatnim etapie powinny sprawić, że będziemy niezadowoleni. Ale chyba tak nie jest. Choć niewiele mówimy to mam wrażenie, że oboje jesteśmy zadowoleni, szczęśliwi. Oddajemy kartę startową i wkładamy się do samochodu żeby jakoś wrócić do domu. Chcemy wylądować w sowich łóżkach, a nie na karimatach w szkole :-)

Było świetnie. Fantastycznie zorganizowana impreza, ciekawe tereny, super ludzie na trasie. Po prostu rewelacja. I ta grochówka z pączkiem :-)

Wielkie dzięki dla Organizatorów!  dla wszystkich którzy uśmiechnęli się do nas na trasie!
Ala - wielkie dzięki za fantastyczną walkę!

Brak powietrza

Czwartek, 13 października 2016 · Komentarze(0)
Przeziębienie wciąż nie puszcza, ale propozycja basenu zaakceptowana :-)
Szału nie ma, ale coś się dzieje. Są chwile, że zaczyna mi się podobać... a potem trzeba nabrać powietrza... i wszystko się wali.
Sporo ćwiczeń w tym zakresie przede mną.

Ogólnie jakoś mi brakuje powietrza ostatnio. W domu, w pracy, wszędzie.

Bike Orient w Niegowie

Sobota, 8 października 2016 · Komentarze(11)
Uczestnicy
Do dziś powiedziałbym w Niegowej, ale dojeżdżając do bazy zobaczyłem napis Dom Kultury w Niegowie, to samo na rozpoczęciu potwierdziła (o ile dobrze zapamiętałem) wójt gminy Niegowa. Dziwne, ale nie będę dyskutował :-) Przed startem chwila rozmowy ze znajomymi, potem chwila zastanowienia się w co się ubrać w ten chłodny i deszczowy dzień. I punktualnie stawiam się na odprawie. Tu, żal mi było trochę Artura, który opowiadał ciekawe rzeczy, ale wszyscy schowali się pod namiotem trochę oddalonym od sceny i głównie skupili się na rozmowach między sobą. Pewnie chcieli wykorzystać okazję do pogadania na ostatniej w tym cyklu imprezy. Na kolejną czekać trzeba będzie czekać do przyszłego roku.

Gdzie Oni patrzą? Mapy leżą z drugiej strony © djk71


Start
Dostajemy mapy i zaczynam planowanie trasy Mega. Na Giga dziś nie ma szans. Bez sił, chory i przy takiej pogodzie nawet nie myślę o 100km. Padają propozycje wspólnej jazdy, ale wychodzę z założenia, że chętnie o ile się spotkamy gdzieś na trasie.

PK 11 - jabłoń
Ruszam asfaltem, wyprzedzam kilka osób i doganiam Agatę. Jej już tak łatwo nie da się wyprzedzić, mimo, że na podjeździe licznik pokazuje mi 28 km/h. Wiem jednak, że oszukuje, chyba styki zamokły, nie dobrze, bo nie mogę mu ufać co do odległości. Nie zauważam ścieżki, w którą chciałem skręcić, trudno spróbujemy od północy. Skręcamy w polną drogę i coś mi się wydaje, że jedziemy za daleko. Miało być 400m (patrząc w domu na mapę nie wiem jak wymyśliłem te 400m, czyżby to mokre okulary?). Wracamy, szukamy walcząc z błotem i nic. Dojeżdża Kosma z Tomkiem i upewniają nas w tej odległości. W końcu decydujemy się jechać dalej i... oczywiście punkt jest. Niezbyt dobry początek.

Jest jabłonka © djk71

PK 10 - jar
Zastanawiam się, czy jechać na 19, czy na 10. Agata mówi, że jedzie na 10-tkę. Jadę z Nią. Oboje chorzy, oboje bez parcia na wynik - czyli będzie dobrze :-) Decydujemy się jechać nieco dookoła, ale asfaltem. Dziś to chyba lepszy wybór. Wciąż mokro, okulary zaparowane, pod kołami błoto. Punkt jednak tym razem odnaleziony bez problemów.

PK 9 - róg lasu
Znów wybieramy asfalt. Do pewnego momentu. Potem droga zdecydowanie się pogarsza. Błoto i kałuże. W pewnym momencie o mały włos nie najeżdżam na leżącą na środku drogi padlinę. To na wpół zjedzona już sarna. Zapach straszny.
Zatrzymujemy się, ale to chyba nie ta ścieżka. Właściwa jest kawałek dalej. Jedziemy nią, ale nie ma punktu. Wracamy, ścieżka się na początku rozwidlała. I to jest dobrzy trop. Punkt podbity.
Zjeżdżam w dół mijając Agę, po chwili wiem czemu się zatrzymała.

Czego tu brakuje? © djk71

Urwany wentyl. Do tego nie da się odkręcić nakrętki. Albo tak mocno zakręcona, albo takie mamy zmarznięte dłonie. Na szczęście pomaga nam zawodnik z nr 79 (o ile pamiętam Paweł) - ma mini kombinerki. Wystarczają. Zmiana dętki i ruszamy dalej.

Jest guma © djk71

PK 5 - skraj młodnika
Ścieżki, którymi planujemy wyjechać nie wyglądają zachęcająco, albo nie ma ich wcale. Ok, nadrabiamy kilka km, ale docieramy do asfaltu. Mijani zawodnicy, którzy próbowali dotrzeć do dziewiątki od tej strony informują nas, ze nie ma szans na znalezienie punktu. Wprawiamy ich w zdziwienie informując, że my go już mamy ;-)
Piątka znaleziona, głównie dzięki ekipie, która sama nas informuje, że punkt jest tu obok :-) Dzięki.

PK 12 - podstawa skały
Ciężko mi się jedzie. Już wiem, że nie będę próbował zdobyć kompletu na Mega. Nie mam siły, do tego chciałbym wcześniej wrócić do domu, bo dziś piłkarze ręczni Górnika grają w Pucharze EHF i chciałbym pójść z synem na mecz.
Punkt banalny, w dobrze znanym miejscu :-)

Punkt pod skałą w Mirowie © djk71

Zastanawialiśmy się jeszcze na PK6, ale moja towarzyszka decyduje się wrócić do mety asfaltem. Postanawiam zrobić do samo. Podjazd, który po chwili mamy przed sobą utwierdza mnie w przekonaniu, że to była dobra decyzja ;-)

Meta
Po chwili docieramy do mety. Szału nie ma - 5 punktów, około 40km. Przy takim dystansie, maks na Mega (czyli 11) pewnie byśmy zrobili w 100km ( powinno być ok. 50) :-) Trudno. O dziwo nie wydajemy się być smutni. Raczej zadowoleni, że udało się mimo pogody pojeździć. Do tego w towarzystwie :-)
Myjemy rowery, kąpiel, grochówka i czas do domu. Nie czekamy na zakończenie więc tutaj WIELKIE DZIĘKI dla Organizatorów. DO zobaczenia w przyszłym roku.

Basen mimo choroby

Czwartek, 6 października 2016 · Komentarze(2)
Kategoria Samotnie, śląskie
Od tygodnia rozłożyła mnie choroba. Już na sobotnich warsztatach TI było kiepsko, ale kolejne dni to już porażka. Kaszel, katar, ból gardła i ogólne osłabienie. Jako jednak, że umówiłem się dziś na kolejną walkę z wodą to idę. Albo się wyleczę, albo mnie zupełnie rozłoży i nie pojadę w sobotę na Bike Orient.



Na basenie walka z wiatrakami. Teorię znam, ale w praktyce ciężko to wszystko spamiętać i się na tym skoncentrować. Tomek jednak jest cierpliwy i pod koniec mimo, że szału nie ma (żeby nie powiedzieć, że wciąż jest fatalnie) to mam wrażenie, że coś drgnęło. Były momenty kiedy czułem wyraźny postęp, by po chwili znów wszystko rozwalić. Brakuje mi spokoju i rozluźnienia. Ale będę walczył dalej.

Total Immersion, czy ma to sens?

Sobota, 1 października 2016 · Komentarze(0)
Walczę z podjazdami na rowerze. Na podbiegach też nie jest łatwo. I jak się okazuje w wodzie też mam pod górkę. Choć z drugiej strony jak mnie ciągnie na dno to raczej z górki. Sam już nie wiem.

Jakiś czas temu wymyśliłem, że będę pływał. Zupełnie bez żadnych podstaw. I nawet zaczęło mi się podobać chodzenie na basen gdyby nie jedno ale... Zamiast się relaksować męczy mnie to. Szybko zaczyna mi brakować powietrza i to co ma być pływaniem jest walką o dopłynięcie do drugiego brzegu. Walką z wodą, z sobą, ze wszystkim wokół.

W końcu trafiłem na info o Total Immersion. Wszystkie opinie jakie znalazłem były tak entuzjastyczne, że postanowiłem się tym zainteresować. Traf chciał, że w Gliwicach postanowiono zorganizować dwudniowe warsztaty z TI. Przed zgłoszeniem starałem się wystraszyć trenera opowiadając mu o sobie. Nie udało się. W takim razie postanowiłem pójść o krok dalej i spotkać się z Tomkiem na basenie - myślę, że zrozumiał co chciałem mu przekazać opowiadając o swoich umiejętnościach, a raczej o ich braku. Ale wciąż się nie poddawał. Nie udało nam się więcej spotkać z powodu moich problemów z uchem więc tuż przed warsztatami raz jeszcze upewniałem się czy ma to sens. Zapewniał mnie, że tak. Co było robić pojechałem ;-)

I od razu było pod górkę. Przyjechałem kwadrans przed rozpoczęciem, wysiadłem z auta, zerknąłem raz jeszcze na SMS-a z informacjami o warsztatach i... zonk. Warsztaty są na basenie w zupełnie innej części miasta... Do auta i łamiąc kilka przepisów udaje się dotrzeć z tylko dwoma minutami opóźnienia. Kameralne grono, okazuje się, że nie jestem najstarszy, ale zapewne najmniej doświadczony.

Krótki wstęp i woda. Ćwiczenia, kamera, potem kolejny wykład, analiza filmów i znów woda. I jeszcze więcej teorii i po raz trzeci woda. Tym razem wchodzimy na głębszy basen i... paraliż. Nie czuję dna i zamiast próbować skupić się na milionie rzeczy, na których mam się skoncentrować myślę tylko o tym, czy w razie czego mam się czego złapać. Do tego chyba wychodzi kondycja, a raczej jej brak. Ćwiczę indywidualnie, poza grupą. Choć trudno to nazwać ćwiczeniem. Staram się dotrwać do końca.

Analiza wideo © djk71

Krótkie podsumowanie w sali konferencyjnej i... dochodzimy z Tomkiem do wniosku, że przenosimy jutrzejszy warsztat na kolejną edycję. Dostałem tak dużo informacji, że mam co robić na jakiś czas. Podejrzewam, że jutro by mnie dobiło. Fajnie, że taka propozycja wyszła od Tomka.

Czy czegoś się nauczyłem... sam nie wiem. Ilość informacji olbrzymia, do tego przekazana w ciekawy sposób i z takim przekonaniem, że trudno było w to nie wierzyć. Teraz tylko trzeba spróbować to zastosować w praktyce. Czy się uda? Wierzę, ze tak, choć nie wiem ile to potrwa.

Wydawało mi się, że wracam do domu głodny, a wróciłem potwornie zmęczony. Nawet nie byłem w stanie żonie powiedzieć, czy jestem zadowolony. Dopiero teraz po kilku godzinach zaczyna do mnie docierać, że tak. Nie żałuję tego, że się zdecydowałem (dzięki Aneciu, że mnie namówiłaś). Teraz muszę tylko coś z tym zrobić i czekać na drugą część warsztatów.

Forrest Gump i kawa

Czwartek, 29 września 2016 · Komentarze(4)
Tym razem bieganie po lesie. W sumie fajniej. Ciszej, spokojniej. Nie tak twardo. Tyle, że szybko robi się ciemno. Końcówka wypatrując dzików :-) I każdy podbieg kończy się marszem. Ale ogólnie biegło mi się dobrze. Momentami tak jak bym chciał docelowo. Niekoniecznie szybko, ale bez wysiłku. Choć oczywiście to bez wysiłku to obecnie jest żartem, po puls sporo powyżej 180, a momentami nawet ponad 190. Mimo to cieszę się, że pobiegałem.  Sprawiło mi to przyjemność.

Taką samą jak ostatnio picie kawy.

Jednak lubię © djk71

Przez całe lata piłem po kilka dziennie. Dużych, czarnych, mocnych i gorzkich. Najpierw jak wszyscy parzone, tzw. plujki, potem z ekspresów, rozpuszczalne... Aż po ponad dwudziestu latach rzuciłem to. Z dnia na dzień przestałem. I nie brakowało mi tego. Czasem zaciągnąłem się aromatem i wystarczyło mi to. Kilkukrotnie w ciągu ostatnich trzech lat skusiłem się na jakieś pojedyncze filiżanki, ale nie sprawiały mi przyjemności. Do czasu. Do tegorocznego wyjazdu do Włoch. I tam się zaczęło. Znów piję kawę. Choć teraz zwykle tylko jedną, małą (choć mocną) dziennie.

Uwielbiam ten zapach parzonej kawy i potem te kilka gorących łyków, mmm.... I mimo, że wciąż testuję różne gatunki w poszukiwaniu tej najlepszej (i akceptowalnej cenowo) to jak na razie każda sprawia mi przyjemność.

A co do przyjemności z biegania, to dodatkowo świetnie pozwala rozładować emocje. Niestety do czasu. Nie mija godzina i emocje znów wracają. Niestety te negatywne. Może po prostu nie można być szczerym. Może trzeba oszukiwać w domu, w pracy, w życiu. Przepraszam, nie oszukiwać... mówić to co inni chcą usłyszeć... I wtedy jest spokój... tzn. inni mają spokój... Albo trzeba biegać non-stop. Jak Forrest Gump. Run Forrest, run! Run Darek, run! Run away!

Syfon w Kędzierzynie

Sobota, 24 września 2016 · Komentarze(8)
Od miesiąca rower wisi na haku. Brak chęci, czasu... W piątek pod koniec dnia Alicja zagaduje, że skoro mamy razem wystartować w zawodach to może warto by się wspólnie gdzieś przejechać. Nie wiem, czy chce sprawdzić, czy jeszcze potrafię jeździć na rowerze, czy też czy jesteśmy w stanie wytrzymać ze sobą tyle czasu :-) Nie do końca wiem, czy się uda, ale umawiamy się na telefon.

Udaje się, ale dość późno. Wspomagamy się samochodem i około czternastej lądujemy w rybnickich Stodołach. Podejrzewamy, że gdzieś tu będzie się zaczynał etap kajakowy na rajdzie. Ruszamy pokręcić po okolicy. Spokojne tempo. Spotykamy wąskotorówkę :-)

Wąskotorówka na trasie © djk71

Mijamy zabytkową stację, jednak nie ma tu w planach postoju.
Dojeżdżamy do klasztoru, tu też dziś nie ma czasu dziś na zwiedzanie, może w drodze powrotnej. Tylko szybkie zdjęcie

Są siły :-) © djk71

Chyba jakiś ślub się odbywa, a młodzi zajechali... czarną wołgą. Czy Wy też pamiętacie opowieści o tym aucie?

Wspomnienia z dzieciństwa © djk71

Jedziemy dalej. Po chwili zawracam. Napis na pomniku z daleka zwrócił mą uwagę. Wciąż mnie zaskakuje, że jednak w Polsce są miejsca gdzie nikomu to nie przeszkadza...

Nie wszystko trzeba zniszczyć © djk71

Zaliczamy podjazd na Schlossberg i mkniemy dalej lasami.
Dojeżdżamy do Kuźni Raciborskiej, tu będzie start imprezy.
Po drodze mijamy straż pożarną.

Wóz strażacki © djk71

Właściwie powinniśmy zawrócić i pokrążyć po okolicznych lasach, ale chodzi mi po głowie coś innego. Planując nad ranem trasę dojrzałem na mapie informację o... syfonie! Dość oryginalnej konstrukcji umożliwiającej przepływ rzeki Kłodnicy pod Kanałem Gliwickim. Przypomniała mi się bifurkacja w Wągrowcu (która ponoć wcale nie jest bifurkacją) i stwierdziłem, że muszę zobaczyć i to "skrzyżowanie".

Mijamy zakłady azotowe w KK i dojeżdżamy do celu.

U góry Kanał Gliwicki

Kanał Gliwicki © djk71

A kilka metrów niżej, pod nim, w poprzek przepływa Kłodnica.

A na dole Kłodnica © djk71

Widać, że są tu przygotowani do powodzi :-)

Przygotowani do powodzi? © djk71

Miejsce zaliczone, ale zaliczone też wielkie rozczarowanie. Spodziewaliśmy się czegoś bardziej widowiskowego. No trudno. Grunt, że był jakiś cel i przejechaliśmy 40km. Teraz trzeba już "tylko" wrócić :-)

Jedziemy, ale oboje czujemy coraz większe zmęczenie. W trakcie planowania wydawało mi się, że wrócimy lasami. No i tak z grubsza jedziemy, ale... asfaltami. Tak to jest jak się planuje nad ranem.

Docieramy do Starej Kuźni.


A może kwiatuszki? © djk71

Kawałek dalej padają mi baterie w nawigacji. Wracamy, bo mijaliśmy niedawno Lewiatana. Niestety czynny do 18:30, a jest 18:45. Ekspedientki mimo, że nas widzą upewniają się tylko, czy drzwi są dobrze zamknięte :-(

Przekładam baterie z aparatu i mam nadzieję, że wystarczą na dojazd do mety.

Z każdą chwilą robi się coraz ciemniej i chłodniej. Po chwili jest już zupełnie ciemno. Na szczęście oświetlenie daje radę i do samochodu jest już tylko 5km (od kilku kilometrów :-) ). Mijamy Rudy i wjeżdżamy na ostatni odcinek, ten sam którym już dziś jechaliśmy.

Koło stacji próbują nas jeszcze gonić psy, ale okazuje się, że mam bardziej donośny głos i chowają się za drzewem ;-)
Kilka km i jesteśmy na mecie. Dobrze, bo jest coraz chłodniej. Zmęczeni, ale i zadowoleni (przynajmniej ja) kończymy wycieczkę. Dobrze, że mnie Ala wyciągnęła, bo inaczej rower by całkiem zardzewiał.

Zawody za trzy tygodnie. Zakładam, że rowerowo damy radę... Gorzej będzie z innymi etapami. Ale jest jeszcze czas żeby poćwiczyć :-)



I po chorobie

Piątek, 23 września 2016 · Komentarze(6)
Wczoraj wieczorem połknięta ostatnia pigułka więc dziś czas coś zrobić. Jako, że rower ostatnio w odstawce, pływać będę mógł dopiero za tydzień, to pozostało bieganie. Jak to dumnie brzmi. A tak naprawdę to truchtanie. Do tego wciąż przeplatane marszem. No, ale co zrobić, jak po kilkudziesięciu metrach puls od razu skacze powyżej 180? A przecież "biegnę" tak, że wolniej się nie da.

No, ale nic, miało być bez marudzenia więc fajnie, że wyszedłem i nie zawróciłem (choć diabełek szeptał już: Wróć do domu!). To, że słabo to tylko powód żeby wyjść o raz kolejny. Tym bardziej, że przede mną dwie imprezy, w tym jedna biegowa i jedna przygodowa. Jest motywacja żeby się ruszać.

Gehörgangs­entzündung albo Otitis, czyli swimmer's ear

Poniedziałek, 19 września 2016 · Komentarze(0)
Wyjazd na delegację mimo choroby. Na wszelki wypadek wypada się dowiedzieć jak nazywa się przypadłość jaka mnie dopadła w tutejszym języku. Łatwo nie jest: Gehörgangs­entzündung. No dobra, może łatwiej będzie po angielsku. Jest, miejmy nadzieję, że w razie czego lekarz by zrozumiał, bo mnie to nic nie przypomina: Otitis. Po angielsku znalazłem jeszcze jedno określenie: swimmer's ear. To już lepiej, co więcej to nawet jest chyba źródło choroby :-)

A tak już fajnie się zaczynało, basen, bieganie... i co? I lekarz. Zawsze mi się wydawało, że to zęby potrafią boleć najbardziej. Okazuje się, że ucho potrafi jeszcze bardziej. Ba, jak zaczyna, to boli też pół głowy, zęby i chyba wszystko inne. Na szczęście antybiotyk chyba zadział i powoli przechodzi.

Tak samo jest w życiu, coś boli bardzo, człowiekowi się wydaje, że już więcej nie wytrzyma, a tu nagle dostaje cios jeszcze mocniejszy, a czasem nawet kilka i też musi z tym żyć... Tyle, że tu trudniej o jakiś gotowy antybiotyk. Tym bardziej, że codzienne życie przypomina o bólu w najbardziej niespodziewanych momentach. Wystarczy jedno słowo, nawet wypowiedziane przez kogoś w zupełnie innym kontekście.  Wystarczy piosenka, nawet ta do niedawna ulubiona. Wystarczy obrazek, miejsce, zapach... cokolwiek, by wróciło wspomnienie. I aby ruszyła maszyna myśli. Tych niechcianych, niepodziewanych, wystarczających by zabić inne myśli, te potrzebne. Ale w końcu trzeba znaleźć lekarstwo. Choćby tylko takie, które na chwilę uśmierzy ból...


Zabaw w wodzie c.d.

Środa, 14 września 2016 · Komentarze(3)
Mimo, że wstałem wcześnie to jakoś długo się zbierałem. W efekcie krótko i więcej zabaw niż pływania.  Żeby było pozytywnie to... ważne, że poszedłem.
Tylko czemu mi co jakiś czas lewe ucho zatyka?