Po "górkach Damiana"

Czwartek, 2 lipca 2009 · Komentarze(22)
Po "górkach Damiana"
Najpierw szybka rundka do lasu z Igorkiem, a potem z Damianem na "jego" górki.

Fajnie przez lasek, szybkim tempem. Szybkim jak dla mnie, choć dalekim od tego, o czym pisał Scrubby :-)

Przed górkami Damian zapowiada, że powinienem dać radę z większością, tylko z dwoma mogę mieć kłopot. Jedziemy.

Zdyszany mijam kolejne podjazdy i zjazdy dochodząc do wniosku, że już tędy kiedyś jechałem. Nie całą, ale kawałkiem tej trasy.

Po kolejnym pokonanym podjeździe zatrzymujemy się i... to był błąd. Boję się z niego zjechać i sprowadzam częściowo rower.

Po chwili jesteśmy na asfalcie. I co? Ja nie dałem rady? Spoko. I to z tak słabą kondycją wjechałem wszędzie. :-)

Wszędzie do tej pory, bo okazuje się że asfalt to był tylko na chwilę, znów wjeżdżamy w lasek i przed pierwszym podjazdem łańcuch nie spada na najmniejszą zębatkę z przodu. Co więcej spada zupełnie. Staję i do końca wzniesienia już wprowadzam rower. Okazuje się, że to pierwsze z tych, na które miałem nie wjechać. Sprzęt sprawił, że nawet nie miałem okazji spróbować.

Kawałek dalej kolejne wzniesienie, gdzie jak mówi brat "mogę spróbować". Oczywiście próbuję. W połowie dwa razy podnosi mi przednie koło do przodu mimo, że leżę prawie na kierownicy. Przy trzecim podniesieniu koła odpuszczam. Koncówkę wprowadzam. Tym razem się nie udało.

Dalej już bez przeszkód jedziemy do domu. Fajna traska. Krótka ale pozwalająca się zmęczyć na niby płaskim Mazowszu.

Podobało mi się, spociłem się i... zmęczyłem się. Było to widać kiedy próbowałem zawiesić rower pod sufitem... ;-)



BTW: Dla tych, którym było mało opisu z Bike Orientu - jest już fotorelacja na oficjalnej stronie imprezy - oj działo się :-)

Po Bike Oriencie

Środa, 1 lipca 2009 · Komentarze(1)
Po Bike Oriencie

Po maratonie i rajdzie rekreacyjnym wylądowaliśmy w Marianowie. Idealne warunki żeby odpocząć. I co najważniejsze żeby pojeździć. Jest czas (w końcu mam urlop), jest teren (cała Puszcza Kampinoska przede mną), jest towarzystwo więc... siedzę w domu. Bo za ciepło. Zawsze jest jakieś "bo"...

Dziś jednak chłopcy wyciągają mnie na krótką rundkę, a potem Damian chce mnie przetyrać po "swoich" górkach. Ok, jedziemy. Dołącza do nas Wiku.

Jedziemy przez las dotrzymując tempa Damianowi. Niestety dość szybko Wiku zaczyna odpadać. Widać, że brak treningów na basenie i na sakurze daje znać o sobie. Niestety.



Nie dojeżdżamy do górek. Opuszczamy Damiana i wracamy z Wiktorkiem do domu.
Tym razem Damian mi nie pokazał gdzie moje miejsce... dzięki Wiktorowi. Pewnie jednak będzie jeszcze próbował.

Dziś do grona BS dołączył mój chrześniak :-)

Bike Orient - rajd rekreacyjny

Niedziela, 28 czerwca 2009 · Komentarze(2)
Bike Orient - rajd rekreacyjny

Po wczorajszej masakrze i wieczornym biesiadowaniu dziś rano śniadanko i szybkie pakowanie. Wrzucamy wszystko do samochodu i wraz z tymi, którzy jeszcze pozostali i mają siły ruszamy na rajd rekreacyjny.


Zaraz po starcie Anetka gubi śrubkę i musimy się zatrzymać. Śrubka znaleziona, wkręcona ale wszyscy już pojechali. Na szczęście przezornie wziąłem mapkę wczorajszego drugiego etapu, gdzie była zaznaczona również mapa dzisiejszego rajdu. Miejmy nadzieję, że nikomu nie przyszła do głowy zmiana trasy.

W końcu doganiamy Asicę i Kosmę eskortujące naszego Igorka. Tak jak myśleliśmy. Igorek nie będzie w stanie nadążyć za resztą. Nie szkodzi, w końcu to rajd rekreacyjny, a nie zawody.

Dostajemy informację, że Wiktor z Młynarzem decydują się przejechać całą trasę. Niedobrze. Nie mają picia, jedzenia ani żadnej kasy. Krótka dyskusja i zapada decyzja, że dziewczyny jadą z Igorkiem, a ja gonię chłopaków. Ja i pogoń… rewelacja. No ale cóż… spróbuję… Docieram do zamku w Majkowicach i… są.



Wiku chyba trochę zmęczony...



Jak to dobrze, że tu zrobili sobie przerwę. Dojeżdżam co prawda na jej koniec, ale ważne, że ich dogoniłem. Chcę im dać zaopatrzenie i kasę, ale Młynarz przekonuje mnie żebym jechał dalej z nimi. W sumie… mogę jechać.

Fajna trasa, szuter, trochę piasku i… przeprawa przez rzeczkę…



Na szczęście dziś przez mostek ;-)

Wiku wykorzystuje każdy powód żeby odpocząć...



Dalej podziwiam Flasha jak szaleje na "ostrym". Niesamowite. I po co ludzie płacą za przerzutki, amortyzatory…

Docieramy do Bąkowej Góry. Jeszcze tylko podjazd, na którym część osób wymięka i prowadzi rowery i… zasłużony odpoczynek.


Zdjęcie grupowe pożyczone od Michała Rosiaka.

Niektóre zdjęcia były robione przy wykorzystaniu profesjonalnych i bardzo drogich statywów.



Zaczyna straszyć deszczem ale na szczęście rozchodzi się po kościach.
Dworek na Bąkowej Górze



Jedziemy do Przedborza. Postój na rynku, uzupełnienie zapasów i… żegnamy się. Decydujemy się wracać, Dziewczyny z Igorem zaraz wrócą do bazy więc my też wracamy.

Spokojnym, bardzo spokojnym tempem docieramy do Ręczna. Jeszcze tylko wizyta na lokalnym cmentarzu gdzie są ponoć mogiły bohaterów Powstania Styczniowego. Nie udaje nam się jednak ich odnaleźć, choć spotykamy parę innych ciekawych nagrobków.



Pora na pakowanie rowerów, obiad w sympatycznym zajeździe i… oczekiwanie na kolejny Bike Orient :-)

Dziękuję wszystkim za fantastyczne towarzystwo i zabawę. Do następnego razu.

Bike Orient 2009

Sobota, 27 czerwca 2009 · Komentarze(7)
Bike Orient 2009

Przyjeżdżamy już w piątek wieczorem. Mimo moich obaw udało się zapakować cztery rowery, bagaże i cztery osoby do Swifta. Przyjechaliśmy całą rodzinką wierząc, że podobnie jak w zeszłym roku każdy z nas będzie się świetnie bawił.

Na miejscu jest już trochę osób, dojeżdżają inni. Krótkie powitania, rejestracja, rozpakowanie bagaży, rowery do stajni (tzn. do garażu) i… czas na krótką integrację. Z częścią osób widujemy się w miarę regularnie, niektórych widzę pierwszy raz po rocznej przerwie. No, może nie do końca, bo widuję ich czasem… na blogach :-)

Sobotni poranek. Wstajemy i już przebrani maszerujemy na śniadanie. Witamy się z tymi, którzy przyjechali dopiero rankiem. Humory wszystkim dopisują mimo, że… za oknem deszczyk.

Ostatnie informacje o zasadach, rozdanie map i start. Chyba jeszcze jesteśmy trochę zaspani.



Puszczamy przodem tych, którzy przyjechali się tu ścigać i walczyć o podium. My przyjechaliśmy tu rekreacyjnie. Fajnie, że ta impreza pozwala na świetną zabawę zarówno dla ścigaczy jak i dla całych rodzin…

Ruszam z moją rodzinką, dołącza do nas Kosma i niespodziewanie JPbike. Fajnie będzie nas więcej. Ustalamy, że do pierwszego punktu jedziemy razem, a potem Anetka z Igorkiem wracają, a my walczymy dalej. Chcemy żeby Igorek zaliczył choć jeden punkt. Dla niespełna sześciolatka to i tak będzie sukces.

Zaczynamy od PK1. Igorek zapodaje niezłe tempo :-) Szybko dojeżdżamy w pobliże pierwszego punktu, wjeżdżamy w leśną ścieżkę i… zaczyna się zabawa z komarami. Jest ich milion. Do tego pojawia się trawa i musimy prowadzić rowery. Chwilę wcześniej zatrzymując się wypinam prawą nogę i… spadam w lewą stronę.

Przechodzimy przez mostek i docieramy na punkt. Chłopcy perforują karty i wyjeżdżamy na drogę. Okazuje się, że można było przejechać przez gospodarstwo zamiast przebijać się przez krzaki i pokrzywy. No cóż, grunt, że daliśmy radę. Poza tym trzeba czytać opisy punktów.



Jako, że Igorek dał radę spokojnie dojechać decydujemy się go zabrać na jeszcze jeden punkt.

Chwila przerwy pod sklepem. Igor skarży się, że licznik mu nie działa na co… Jacek i inni wybuchają śmiechem. Składając wieczorem rower założyłem odwrotnie koło. Licznik nie miał prawa działać.

Jedziemy dalej. Jacek coś zauważa.



Co za okolica... nawet strachy tu piją...



Po błotnej przeprawie docieramy do PK4.



Mocno ukryty, bez możliwości zobaczenia z drogi i bez przedzierania się przez krzaki.



Mam mieszane uczucia co do tego czy tak powinien być umieszczony punkt na rowerowym maratonie. Pewnie Ci, którzy zaliczyli Grassora, Harpagana i inne powiedzą, że to była łatwizna ale w końcu wolno mi mieć własne zdanie.

Tym razem to już naprawdę ostatni punkt dla Igorka. Wracamy do skrzyżowania ścieżek (przebijając się przez piachy) i rozdzielamy się.



Anetka przejmuje nawigację w swoim zespole i rusza do bazy, a my w okrojonym składzie jedziemy dalej.

PK2 - szybki rzut oka na mapę i bez większych problemów odnajdujemy punkt na wydmie. Dalej na celowniku jest "szóstka" i przeprawa krypą.

Po drodze widać, że stutonowy rower Wiktorka daje mu w kość.W przyszłym sezonie trzeba będzie mu kupić w końcu "normalny" rower. W trakcie odpoczynku ucieka nam Jacek. I tak długo znosił nasze tempo.

Docieramy do PK6. Prawie. Dzieli nas od niego jeszcze Pilica. Miała być łódka, a tu ni widu, ni słychu.
Trudno, zostawiamy rowery po tej stronie rzeki i przeprawiamy się przez bród. Kosma daje przykład, za nią Wiku i ja.




Zdjęcie zapożyczone od Kosmy

Nieco mokrzy docieramy na drugi brzeg. Jak się wieczorem okaże niektórzy przeprawiali się przez rzekę pięciokrotnie więc nie mamy co narzekać. Łódka, a dokładniej mówiąc krypa, stoi przy brzegu.

PK6 to jednocześnie punkt żywieniowy. Niestety zostały już tylko pomarańcze, arbuz i woda. Lepsze to niż nic. Wiku wzbudza chyba współczucie u koleżanki obsługującej ten punkt i… już po chwili zajada się ogromnym kawałkiem babki z jej prywatnych zapasów.

Po chwili pojawia się właściciel krypy i na stole pojawia się swojska kaszanka. Chwila odpoczynku i wracamy na drugi brzeg… krypą… Fajne przeżycie…




Zdjęcie ze strony Piotra Rogalskiego

Cztery punkty zaliczone. Tylko i aż. Decydujemy się wracać do bazy, odpocząć, wziąć mapę i ruszyć na drugi etap.

W między czasie jeszcze jeden postój obok sklepu. Zaopatrzenie zerowe. Chyba żyją tylko ze sprzedaży piwa, które piją przed wejściem wszyscy miejscowi bez względu na to czy przyjechali tu rowerami, czy samochodami. Koszmar. Za chwilę przecież możemy ich spotkać na drodze ;-(

Baza. Okazuje się, że Anetka z Igorkiem w towarzystwie Tomalosa zdążyli już zaliczyć jeden punkt z drugiego etapu i wrócili do bazy kończąc imprezę.

Igorek chyba lekko zmęczony



Wiku chyba też...



Krótka przerwa i decydujemy się zaliczyć 3 punkty z nowej mapy. Ruszamy. Bez problemu docieramy do PK16 i… rezygnujemy. Nie ma sensu się zabijać, skoro nie jesteśmy w stanie pojechać wszyscy razem dalej, to wszyscy wracamy. I tak jest fajnie.

Meta. Mycie rowerów, kąpiel, bigos i oczekiwanie na wyniki.
W ostatniej chwili docierają Asica i Flash.



Odnalazł się też Jacek.



Dołącza do nas również Młynarz, który nie mógł przyjechać wcześniej i wystartować w zawodach.

Zakończenie trwa długo, bo… nagród był ogrom…

Z najważniejszych dla nas to:

Igor jako najmłodszy zawodnik - niespełna 6 lat i zaliczone 3 punkty.



oraz

Najliczniejszy zespół, czyli…. BIKESTATS :-)

Wieczorem jeszcze pieczenie kiełbasek przy ognisku i nocne biesiadowanie.

Podsumowując:
Fantastyczna impreza, świetny klimat, trasa trudniejsza niż rok temu, ale fajna, organizacja doskonała i... tak można by jeszcze długo... Naprawdę trudno chyba znaleźć inną tak dobrze zorganizowaną imprezę, gdzie wszyscy przez cały czas są uśmiechnięci i zadowoleni.

Nie, nie wspomnę tu u gospodarzach obiektu, bo... nie warci tego są... Szkoda, ale to już nie wina organizatorów.

Wynik - bez komentarza - ale z założenia jechaliśmy tu powłóczyć się rodzinnie, a nie ścigać się.

Wielkie dzięki organizatorom za wysiłek jaki włożyli w organizację imprezy. Czekamy na zapowiedź Bike Orientu 2010 :-)

Bladym świtem po wielką podróżniczkę...

Niedziela, 21 czerwca 2009 · Komentarze(24)
Bladym świtem po wielką podróżniczkę...

Pobudka przed czwartą i 4:05 wyjazd na zabrzański dworzec po wracającą ze swojej wielkiej wyprawy Kosmę.

W drodze z Rokitnicy do Mikulczyc testuję nową ścieżkę rowerową. Jeszcze nie jest dokończona ale już mi się nie podoba jak zrobili skrzyżowania z drogami, zupełnie niepotrzebne uskoki. Mnie to nie robi różnicy ale te 3 cm dla dzieci i ludzi jeżdżących na cienkich oponach są chyba niepotrzebne...

No ale najważniejsze, że będzie ścieżka na tym bardzo ruchliwym odcinku drogi.

Na dworzec przyjeżdżam tuż przed pociągiem.



Oczywiście czekam z drugiego końca peronu. Kiedy w końcu zauważam Monikę jest już wypakowana.



Spokojnym tempem jedziemy przez śpiące jeszcze Zabrze. Nawet policjantom nie chce się reagować na to, że jedziemy obok siebie i nie zatrzymujemy się na STOP-ie.

Pod domem próba jazdy z przyczepką i... bez hamulców. Ona jednak jest wariatka!
Dziwnie ale da się jechać. Okazuje się to łatwiejsze niż... wniesienie przyczepki na czwarte piętro.

Monika! Wielkie gratulacje! Fantastyczna wyprawa. Jeszcze wieksze gratulacje ze pokonanie całej tej trasy w samotności.

P.S. Dowiedziałem się, że duńskie (?) piwa mają nawet po... 17,5% alkoholu!!!

Nędza - powrót

Niedziela, 14 czerwca 2009 · Komentarze(4)
Nędza - powrót
Po fantastycznej zabawie do późnej nocy dziś zupełny brak sił. Do obiadu wielkie lenistwo, a potem… trzeba jeszcze wrócić. W trochę mniejszym składzie, bo Krzysiek wrócił wczoraj, a Darek decyduje się wrócić samochodem. Trudno, damy radę. Chyba. :-)

Przed obiadem odwiedza nas jeszcze jeden kolega na rowerze. Krótka rozmowa i Witek decyduje się wracać z nami. Fajnie.

Obiadek, szybkie pożegnania i jedziemy. Oczywiście inną drogą niż wczoraj. Widać, że obiad poprawił wszystkim samopoczucie, bo i humor dopisuje i są chęci do jazdy. Skręcamy w lewo? Tutaj? Tak, ok… i już jedziemy ścieżką, która nie wiadomo, gdzie wiedzie i czy za chwilę się niespodziewanie nie skończy. Czy to ma jakieś znaczenie? ;)

Docieramy jednak szczęśliwie na szlak i mkniemy leśnymi autostradami. Fantastyczne drogi. Oj, chyba będę tu częściej bywał, choć to jednak kawałek ode mnie.

Krótki postój na uzupełnienie płynów w barze będącym chyba jakąś mekką rowerzystów i jedziemy dalej.
Sporo rowerzystów ale nic dziwnego, tereny aż się proszą żeby po nich jeździć. Kolejny krótki postój i znów sporo jednośladów. Był pomysł na rybkę, ale ostatecznie decydujemy się na kultową ponoć pizzę u Rudika.



Pizza duża i całkiem spoko, ale najfajniejszy jest klimat tego miejsca. Jakaś kapela przygrywa do tańca, ludzie się bawią, dziwny ale fajny klimat.

Fajnie się siedzi ale pora w końcu dojechać do domku. Kolejne kilometry szybko mijają i dojeżdżamy do Gliwic. Żegnamy kolejno Tomka i Witka i docieramy we dwóch do mety.

Fajne dwa dni. Dobrze, że zdecydowaliśmy się na dojazd rowerami. Po drodze urodziły nam się jakieś pomysły z tym związane na przyszłość ale co z tego wyniknie… zobaczymy.

BTW: Tysiąc km. W zeszłym roku tysiąc miałem na koncie już w lutym. O tej porze miałem już 3,5 tys. Oj obijam się bardzo w tym roku. :(

Nędza - lampa

Sobota, 13 czerwca 2009 · Komentarze(4)
Nędza - lampa
Firmowe spotkanie integracyjne w Szymocicach w gminie Nędza. Od kilku tygodni był plan żeby dojechać tam rowerami. Oczywiście nie wszyscy, ale w kilka osób. W przeddzień wyjazdu już wiemy, że nawet z tych kilku robi się kilku mniej. Do tego prognoza pogody też nie jest najlepsza.

Rano… pada. Niezbyt mocno ale pada. Czyli już widzę jak pojechaliśmy. Szybkie telekonferencje i… okazuje się, że jedziemy… Jako, że decyzja zapadła już dość późno do Gliwic dojeżdżam samochodem. Kropi ale Andrzej zapewnia nas, że będzie "lampa". Dołącza do nas Darek i ruszamy. Po paru kilometrach dołącza do nas Tomek, a kawałek dalej Krzysiek. Jedziemy w piątkę.
Chłopcy dają ostro do przodu. Tempo może nie jest zabójcze ale w połączeniu z wiatrem w twarz daje nam momentami popalić.

Czyżby niektórzy ćwiczyli jazdę na orientację? W wersji ekstremalnej... nie widząc...? ;)



Fajna trasa, teren, wioski, praktycznie zero ruchliwych dróg. W Stodołach przerwa na pierożki i nie tylko :) Dzwonimy do kolegów, którzy już są na miejscu, że spóźnimy się nieco na rozgrywki siatkówki. Będą starali się opóźnić nasz mecz :-)

Fajnie się siedziało ale trzeba ruszać. Na zjeździe (a może już wcześniej) Tomek gubi lampkę. Nie udaje się jej odnaleźć. Dobrze, że jest jasno :-) Po drodze dyskutujemy z Tomkiem o urokach mieszkania na wsi .

W końcu docieramy do ośrodka. Nie mamy już czasu (siły) na przebranie się. Łyk picia i wskakujemy na boisko. Niestety, chyba jednak mieliśmy odpocząć. Przegrywamy ale najważniejsza jest zabawa.

Andrzej miał rację rozpogodziło się :-)

Czas na zabawę i wieczorny koncert Around The Blues.

Bike Orient - trening...

Czwartek, 11 czerwca 2009 · Komentarze(13)
Bike Orient - trening...

Po koszmarnych pod względem czasu ostatnich tygodniach dziś... wolne. Już kilka dni temu zaplanowaliśmy z Wiktorem jazdę na orientację po mieście, po Gliwicach. Najpierw jednak wyjazd całą rodzinką na krótką przejażdżkę.

Wcześniej jednak szybki serwis rowerów. Pompowanie, montaż torebki podsiodełkowej u Anetki i... najważniejsze... montaż licznika na rowerku Igorka.

W końcu ruszamy. W las. Na jednym z pierwszych skrzyżowań decydujemy jechać inną drogą. Anetka twierdzi, że tam często chodziła na spacery... 25 lat temu... Na kolejnym rozwidleniu wybieram niewłaściwą ścieżkę. Jak się okazuje bardzo niewłaściwą. Szybko ścieżka robi się coraz węższa, coraz bardziej zarośnięta, ale... jedziemy, a może raczej coraz częściej idziemy. Na azymut. Czyżby przedsmak Bike Orientu? To już niedługo więc trzeba ćwiczyć.



25 lat temu - dziś już nie ma tu ścieżek, nie ma też drutu kolczastego jaki był wówczas na płocie wokół Akademii Medycznej. Ale nam się zebrało na wspominki, czyżby to efekt tego, że przed wyjściem słuchaliśmy koncertu, który prowadził "Niedźwiedź" w 20 rocznicę wolnych wyborów? A koncert był piękny... i wzruszający...

W końcu już nie da się iść.



Przeprawiamy się przez mokradła i Anetka rusza do góry. Po chwili wraca. Szybko wraca. Miała bliskie spotkanie z dzikiem. Myśleliśmy, że już się wyniosły z naszej okolicy ale jednak nie. Co dalej?

Albo wracamy przez mokradła i krzaki, albo idziemy w stronę dzika albo... idziemy... przez inne krzaki...

Wygrały inne krzaki, pokrzywy... W końcu trafiamy na ścieżkę.



Trudno sobie wyobrazić naszą radość, gdy po prawie godzinie przedzierania się przez chaszcze i przebyciu 2km trafiamy na ścieżkę oddalaną jakieś 300m od startu.

I my mamy jechać na Bike Orient? Zapłaciliśmy więc pojedziemy... ;-) I jak zwykle będzie świetnie...

Jedziemy w stronę Rokitnicy gdzie dopada nas deszcz. To nic w porównaniu z tym co było przed chwilą. Jedziemy. przez błota docieramy do dziadka na działkę.

Żeby nie było, że nie padało:





Zasłużona przerwa i odpustowa uczta... ;-)



Chłopcy myją się trochę, a potem następuje czyszczenie rowerów. Igor w tym przoduje.



Tu przed tym jak chcemy wracać nad głowami pojawiają się granatowe chmury. Czyżbyśmy znów mieli zmoknąć? Nie. 5-minutowa wichura rozgania chmury i spokojnie wracamy do domu.

Jako, że Anetka nie chciała wracać żeby zrobić zdjęcie dzikowi to inna zwierzyna z naszego lasu:



Po drodze wpadamy na chwilę do znajomych na działkę i dom.

Po 8 godzinach mamy za sobą... około 16km.... niezły wynik ;-)
Nic nie wyszło z naszej jazdy po Gliwicach ale... było fajnie. Bardzo fajnie. Niby wiele nie pojeździliśmy, najedliśmy się trochę strachu, ubrudziliśmy się ale... było fajnie. Fajny rodzinno-rowerowy dzień.

BTW: Chyba uporałem się z przerzutkami. Przednia się poluzowała i zmieniła swoje położenie. Po poprawie i regulacji tył przestał szaleć.

Po długiej przerwie

Niedziela, 24 maja 2009 · Komentarze(17)
Po długiej przerwie
Długa, bardzo długa przerwa. Skąd się wzięła? Brak czasu... Dużo pracy, ciągle coś w domu, jakieś choroby... Do tego trochę czasu poświęconego na aktualizację strony i rozwój rozszerzonej edycji mojego ulubionego programu...

Taaaaa... Oczywiście... czasu było mało ale przecież gdybym tylko chciał to by się znalazł, obojętnie, czy o 4-5 rano, czy o 22-23, a pewnie i w bardziej "normalnych" godzinach. Najbardziej bolał nie do końca sprawny rower. Czas coś z tym zrobić.

I pewnie by tak trwało jeszcze długo ale wczoraj wieczorem zagościła u nas Kosma i JPbike. Po pełnym humoru wieczorku dziś wypadało się ruszyć i spalić trochę kalorii. Niestety, tuż po starcie okazało się, że i tak już ograniczony rodzinną imprezą czas przejażdżki został nam skrócony o kolejną godzinę... Bez komentarzy, choć szlag mnie trafił...

Jako, że czasu niewiele, a dodatkowo Monika na Kellysie to wariant w większości asfaltowy. Na początek kierunek Dolomity i... jednak trochę terenu... Górki jednak sobie odpuściliśmy. Tym razem. Mam nadzieję, że jeszcze tu z Jackiem wrócimy... :)



Dalej Kopalnia Srebra i tarnogórski Rynek. Chwilę wcześniej znajdujemy potwierdzenie, że nie tylko na nas Jacek zrobił dobre wrażenie...



Stamtąd najkrótszą i niestety najruchliwszą drogą do Piekar. Najkrótszą ale z krótką przerwą koło pałacu w Nakle. W Piekarach mijamy kopiec i lądujemy na kalwarii. To miejsce wciąż na mnie robi wrażenie, tyle kaplic w jednym miejscu...

Tu niestety musimy się rozstać, Monika z Jackiem ruszają w stronę Dąbrowy, a ja do domku. Tu widzę Monikę po raz ostatni z warkoczami.



Końcówka w terenie, to jednak to co lubię, choć tuż przed końcem trasy na zjeździe, który pokonywałem wielokrotnie, nawet czasem w zimie, dziś... blokada... po prostu boję się zjechać... Jednak brak regularnej jazdy zadziałał na psyche...



Fajnie było, choć szkoda, że tak krótko. Dzięki Jacku za znalezienie chwili czasu na wizytę w Zabrzu, mam nadzieję, że następnym razem będzie trochę więcej czasu na dłuższą przejażdżkę.

Zamki, pałace i nie tylko...

Sobota, 2 maja 2009 · Komentarze(28)
Zamki, pałace i nie tylko...

Wczorajsza wycieczka chyba nas bardzo zmęczyła ;) Dziś wyruszamy z Kosmą dopiero przed 14-tą. Wcześniej chwila zastanawiania się gdzie ruszyć i choć już blisko był wyjazd do Chudowa to w ostatniej chwili wybieramy coś innego. Trasa turystyczno-historyczna.

Cel pierwszy - Rybna. Ciężko mi się jedzie z niesprawnymi przerzutkami, gdy Monika daje czadu na 28 calach. Do tego wiatr momentami szaleje. Mijamy Kubalonkę i już po chwili jesteśmy w Rybnej. Okazuje się, że jedyne warkocze w Pałacu Warkoczów (1796r) to… te Moniki ;)



Dalej Pałac barona Fryderyka von Fürstenberga (1894r) w Kopaninie. Jedziemy trochę jak na zawodach na orientację i jak tam - bezbłędnie trafiamy. Strasznie zaniedbane miejsce, dziś ma tu siedzibę Dom Pomocy Społecznej.

Czyżby ktoś chciał to odnawiać i brakło kasy?




Kierunek Połomia i Brynek. Przed Połomią w lesie łapię gumę. Z dzielną pomocą Kosmy łatka założona i… wąż… Nie to nie wąż, ale coś syczy… w dwóch miejscach… No to raz jeszcze operacja łatania… Wszystko by było ok, gdyby nie te komary. Gdy koło już założone mija nas dwóch rowerzystów, i jeszcze dwóch, i jeszcze pięciu i…. Oj wielu ich było… Jakiś rajd, czy coś….

Po chwili już ich wyprzedzamy. Niedługo potem mijamy… część ekipy z Huragana. Hamulce, nawrót i krótka pogawędka z chłopakami. Wracają już z Częstochowy. Ci to mają kondycję. Dzwoni Anetka - dowiaduję się, że właśnie odwiedziła nas w domu policja. Mamy wezwanie w sprawie sprzed roku - 130km od domu - wezwanie jest… na wczoraj, dziś lub jutro…. Chyba komuś coś się pomyliło...

Brynek. Koło Pałacu Henckela von Donneresmarcka (1908r) spotykamy ekipę, z którą wyprzedzaliśmy się na trasie, a która znów nam uciekła w trakcie naszych huraganowych pogaduch…

Korzystając z tego, że ekipa robiła sobie zdjęcie, Monika szukała czegoś dla siebie ;-)



Fajne miejsce.





Dalej szlakiem do Boruszowic. Miało być szlakiem, bo Kosma zaczęła już tęsknić za terenem ale… gdzieś nam szlak uciekł i docieramy tam jednak asfaltem. Zbyt ruchliwym asfaltem. Na szczęście to jedyny chyba dziś tak ruchliwy odcinek.

Krótki postój obok zabytkowej fabryki papieru (1894-1923) (wcześniej fabryki materiałów wybuchowych). Gdzieś czytałem, że można zwiedzić to miejsce, ale dziś udaje nam się tylko stanąć przed zamkniętą bramą.



Krótki postój w Biec Garten jak to niektórzy przeczytali… :) i decydujemy się skrócić trasę. Jakoś strasznie wolno nam to wszystko dziś idzie i trzeba wracać. Zielonym szlakiem do Pniowca, świeżym asfaltem do Strybnicy i przez Opatowice do Starych Tarnowic.

Podjeżdżamy do bramy zamku (XVI w.) i…



... i brama się otwiera.



Szok. Przez chwilę, bo okazało się, że to za nami ktoś właśnie zamierzał wjeżdżać i otworzył ją… A już myśleliśmy, że to nasz widok…

Dziwnie pusty park w Reptach i Sztolnia Czarnego Pstrąga - 600m łodziami pod ziemią.



Niestety nie dziś…

Częściowo terenem do domu.

Fajnie było, choć było by fajniej gdyby działały przerzutki i mógłbym doganiać Monikę na asfalcie.

Okazuje się, że w najbliższej okolicy jest mnóstwo fantastycznych, historycznych miejsc, których nie znamy...