Piękny dzień...
...i chłodna noc. Wracając z pracy wszystko wokół woła... rower! Kiedy wychodzę jest już ciemno, zimno i... zupełnie nie mam siły na kręcenie. Nie wiem czemu... :( Do tego pulsometr wariuje...
Gdzie jest przewodnik?
Od piątku wielu znajomych zgłaszało chęć wspólnego wyjazdu w niedzielę. Świetnie. W trakcie, a ściślej mówiąc tuż po wczorajszych zapisach na Śnieżkę, plan zaczyna się krystalizować, może nie tyle plan ile czas wyjazdu. Jednocześnie okazuje się, że z różnych powodów liczba chętnych zaczyna maleć (standard). Rano z powodów zdrowotnych odpada po raz kolejny Jacek (coś nie mamy ostatnio szczęścia) i... ruszam sam. Jadę do Gliwic gdzie czeka na mnie Andrzej, a chwilę później pod Politechniką spotykamy Stacha. Plan: źródła Kłodnicy. Jak tam dojechać? Nikt dokładnie nie wie, ale damy radę.
Niestety już początek drogi nie wróży najlepiej, co chwilę dyskutujemy... którędy wyjechać z miasta. W ruch idą GPS-y, porady przechodniów... żenujące o tyle, że każdy z nas przecież doskonale wie... tylko każdy chce coś innego.
Nie moje miasto więc zdaje się na kolegów, w efekcie poznajemy dokładnie obrzeża Sośnicy... Też ciekawie, ja w każdy razie świetnie się bawię, chcę tylko pojeździć więc jest mi obojętne, czy osiągniemy cel, czy pokręcimy się po okolicy.
W końcu ruszamy na Makoszowy niebieską obwodnicą rowerową Zabrza. W okolicach hałda Andrzej gubi licznik, ale udaje się go odnaleźć. Z Makoszów prostą drogą przez las do Halemby. Tu trochę zawodzi mnie intuicja i zamiast odbić w prawo, skręcam w lewo. W efekcie lądujemy w Kochłowicach. Zakupy w lokalnym sklepie, telefon do Amigi i po chwili meldujemy się w przybytku o nazwie Przystań. Sporo tu ludzi.
Chwila odpoczynku i uzupełnienia kalorii i trzeba ruszać. Nie dotrzemy dziś do planowanego celu. Pora wracać. Lekko dookoła, ale w stronę do domu.
Rzut oka na elektrownię w Halembie...
W Kończycach Stachu postanawia zerknąć jeszcze na Kłodnicę, a my z Andrzejem ruszamy w stronę Makoszów. Przejazd przez Park i w okolicach stadionu żegnamy się.
W drodze do domu telefon z pytaniem, czy... idę na rower ;-) Chętnie, ale już nie dziś. Czas wracać na obiad.
Mimo nie zaliczenia celu, jazdy czasem dookoła i spędzenia długich minut nad mapami uważam wyjazd za udany. Ładna pogoda, świetne towarzystwo, przejechanych parę kilometrów, poznanych kilka nowych miejsc i dróg. Oby więcej takich dni, choć może jednak następnym razem wybierzmy wcześniej konkretny cel i wyznaczmy przewodnika ;)
Zapisany na Śnieżkę
Wyjazd do Rept i krótki trening na ścieżce, która ostatnio mnie męczyła. Tym razem lepiej, choć w jedną stronę i tak się nie udało bez podpórki, co prawda jednej, ale zawsze :-)
Amiga ostatnio focił ptaki więc też postanowiłem coś upolować. Szukajac wśród drzew znalazłem dość oryginalnego ptaka. Niestety bez żadnego opisu.
Powrót przez DSD. Szybko temperatura spadła o kilka stopni.
Przyjemny wieczór w dawno niewidzianym towarzystwie zakończony zapisem na sierpniowy uphill na Śnieżkę. Udało się wszystkim znajomym zarejestrować, choć zapisy trwały tylko 12 minut, po tym czasie limit (350 miejsc) został wyczerpany. Kasa wysłana, pozostaje czekać na potwierdzenie obecności na liście startowej i... czas na trening żeby było widać postęp, a nie stagnację jak rok temu.
Szybko w trakcie meczu Dziś bez przygód z dętkami... :-) Trochę później niż planowałem więc kosztem oglądania meczu... Temperatura w sam raz, całkiem przyjemna przejażdżka. Mam nadzieję, że w weekend uda się coś w ciągu dnia :-)
W sobotę był dzień łatania dętek. W domu szukanie sprawcy, nic nie znalezione, dętki puściły albo na łatkach, albo na "szwie". W niedzielę spokojna jazda bez przygód. Wieczorem patrzę, a powietrza w kole jakby mniej. Wściekły kupuję w poniedziałek nową dętkę, wymieniam i we wtorek jazda bez awarii.
Dziś oponki wciąż twarde, przeczulony sprawdzam je po jakiś 45 minutach, wciąż ok. I... kwadrans później jedzie mi się ciężko... Zmęczenie? Nie... znów brak powietrza. Znów to samo tylne koło. Nie chce mi się łatać, co więcej, nawet nie mam czym, bo łatki zostały z plecakiem w domu. Nie chce mi się nawet dopompowywać. Prowadzę rower, na szczęście jest blisko.
Nowa flaga Ukrainy Dziś nie musiałem szukać celu. Gliwice, media trąbiły, że wieczorem radiostacja gliwicka rozbłyśnie kolorami Ukrainy - na niebiesko i żółto. Po długim zbieraniu się z domu (no comments) ruszam szybkim tempem do Gliwic. Amiga wspominał, że w lesie jest sucho więc jadę przez Leśną i o dziwo nawet tam jest sucho.
Dojeżdżam kilka minut po 19:30 i nic. Są reporterzy, telewizja, trochę ludzi ale... nie ma flagi. Robię kilka testowych zdjęć, kiedy podchodzi dziennikarka Głosu Niedzielnego pytając skąd i czemu tu przyjechałem. W trakcie rozmowy okazuje się, że to co widzę to... to! Nie chce mi się wierzyć, na jednym z portali co prawda pisali, że żółty nie będzie wyglądał tak jak na wizualizacji, ale... ja tu widzę tylko jeden kolor.
Ciąg dalszy historii (smutnej)
Dziś też niezbyt dużo czasu. Próbuję namówić kolegę, żeby się pochwalił swoją nową 29-tką, ale bez odzewu. Trudno, ruszam sam. Najpierw ponownie do Rokitnicy. Wczytując się w historię tej dzielnicy po
wczorajszej wycieczce odnajduję ciekawą informację o innym pomniku, który niestety już się nie ostał.
Pomnik poświęcony żołnierzom z Rokitnicy, którzy polegli w czasie I wojny światowej powstał w 1933 roku, a otoczony był (miał być) Gajem Pamięci, w którym pod każdym z 83 drzew umieszczono kamień z nazwiskiem i datą śmierci. Wg jednych źródeł gatunek drzewa zależał od miejsca śmierci, wg innych to były brzozy.
Niestety niewiele już z tego miejsca pozostało, to co udało mi się odnaleźć to pozostałości wspomniane w artykule poświęconym temu miejscu.
Czemu nikt, a przede wszystkim władze miasta nie dbają o takie miejsca? I co z tego, że pomnik poświęcony był niemieckim żołnierzom, był poświęcony mieszkańcom tej ziemi. Przykre to. Wczorajszy pomnik pewnie też za kilka lat zniknie bez śladu.
Z pompką i historią Po wczorajszym teście, widziałem, że dziś też trochę pojeżdżę. Niestety plany się zmieniały i zostało mi do dyspozycji tylko małe okienko przed południem. Dziś też w planach nie ma szaleństw. Po prostu pojeździć.
Najpierw Rokitnica, tu gdzieś powinien być już historyczny krawężnik. Nigdy go wcześniej nie zauważyłem, ale nic dziwnego, jest świetnie wkomponowany w otaczające go współczesne.
Rzeczywiście, trudno się domyśleć, ze tu kiedyś były budynki, ciekawe kiedy zostały zniszczone? Myślałem, ze wyjadę wprost na pomnik, ale nie ma tak prosto, muszę chwilę poszukać, a drogą do niego nie jest usłana różami...
Pomnik został ponoć postawiony w 1925 dla upamiętnienia 18 górników, którzy w 1923 roku zginęli w kopalni Castellengo.
Jadę dalej, zobaczę gdzie mnie wprowadzi droga. W sumie tam gdzie się spodziewałem. Jadę dalej i skręcam w kolejną polną drogę, która nigdy nie jechałem. Droga dojeżdża do torów, a ja ląduję na starym torowisku, przypomina mi się Harpagan w Elblągu.
Nie chce mi się dalej męczyć na torowisku, chwila na skróty i... jestem na drodze, która tu przyjechałem. Wracam na asfalt. Lubię widok takich budynków.
Rzut oka na kolejny już w sumie historyczny budynek (budowa rozpoczęła się w1978 roku!). Nie został jeszcze wpisany do rejestru zabytków więc kto wie czy to nie ostatnie zdjęcie tego pomnika niegospodarności na moim blogu.
Przejeżdżający obok rowerzyści tylko ciekawie spoglądają co robię, dopiero jadący po drugiej stronie ulicy starszy mężczyzna pyta, czy mam wszystko. Mam, ale przykre, że tyle trzeba było czekać, aż ktoś się zainteresuje.
Wracam do domu. Tuż przed Rokitnicą, czuję, że znów muszę dopompować. Przejeżdżam kilkaset metrów i... decyduje się na kolejną zmianę dętki, tu również nie znajduję dziury, ale coś wentylowi nie ufam. Znów mija mnie kilka osób, ale tym razem szybko zatrzymuje się kolejną pomocna dłoń. Na szczęście już wszystko gotowe. W sumie może jednak przesadzam, nie było tak źle, dwie osoby chętne do pomocy w dość krótkim czasie...
Teraz już bez problemów dojeżdżam do domu, muszę tylko na spokojnie sprawdzić te dętki.
Po chorobowym Tydzień przechodzonej choroby + Złoto dla Zuchwałych mogły skończyć się tylko w jeden sposób. I tak się skończyły, antybiotyk i L4 (wielkie dzięki tym, którzy szanują prawo do prywatności i odpoczynku innych :-( ). Jak na złość pogoda za oknem przepiękna. Dziś już nie wytrzymałem. Głos wraca do swego normalnego stanu, temperatura też wczoraj wieczorem pokazała 36,6 więc dziś na rower. Ale jestem odpowiedzialny więc tylko na chwilę, do tego bez żadnego wysiłku, powolutku, ot tak żeby się przejechać.
Bez celu włóczę się po okolicy. Przypomina mi się, że niedawno, po rozmowie z jednym z rowerowych kolegów o cmentarzu cholerycznym, znalazłem info, że w Rokitnicy też taki był.
Złoto dla Zuchwałych 2014 Przyjazd
Nie powinno nas tu
być. Obaj z
Amigą od tygodnia jesteśmy chorzy. Powinniśmy się kurować. Wizyta u
klienta oddalonego raptem o 120km od Lubostronia skłoniła nas jednak do startu.
Przyjeżdżamy do bazy… przed organizatorami, choć wedle programu powinni już tu
być. Z lekkim opóźnieniem zjawiają się i… to chyba jedyne ich potknięcie na tej
imprezie.
W międzyczasie
spotkania i pogaduchy ze znajomymi. Stawiła się prawie cała czołówka Pucharu.
Są też dawno nie widziani znajomi. Rozmowy trwają do późnych godzin nocnych. W
końcu kładziemy się spać.
Start
Pobudka i… prawie
nie mówię. Czuję się fatalnie. Gdyby Darek powiedział nie jedziemy, bez żalu
bym odpuścił. Niestety nie mówi.
Przed odprawą wita
się z nami
klosiu, miło poznać kolejną osobą z bikestats w realu, choć nieładnie, że się z nas od razu wyśmiewa, mówiąc, że uczy się z naszych relacji. Choć z innej strony to mądre, bo lepiej się uczyć na błędach innych, człowiek żyje zbyt krótko, żeby samemu wszystkie popełnić :-)
Po krótkiej odprawie
dostajemy mapy w skali 1: 50 000 i mamy kilka minut do startu. Oczywiście
flamastry idą w ruch i zaznaczamy całą trasę. 24 punkty w 8 godzin. Gęsto, ale to oznacza, że nie ma tu miejsca na duże błędy. Nie podoba mi się mapa. Mylą mi
się poziomnice ze ścieżkami.
PK 8 - Skrzyżowanie drzewo 10m na SW
Ruszamy, po chwili
wyprzedza nas Wojtek , który postanowił zacząć od tego samego punktu. Razem
docieramy do lasu. Punkt prosty, tym bardziej, że kilka osób właśnie wraca lub
dojeżdża do niegopotwierdzając słuszny
wybór trasy. Nieco zaskakuje perforator :-)
PK 3 - Drzewo przy granicy kultur
Kolejny lasek,
przeprawa przez strumyk.
I mamy kolejny znaczek na karcie w dobrym czasie. Teraz
trzeba się wydostać na drogę i… tu popełniamy błąd. Zamiast odbić od punktu na
zachód, omijamy częściowo jeziorko i odbijamy na północny zachód. Późniejsza
korekta na zachód niewiele pomaga, bo krążymy już w niewłaściwym miejscu.
Utwierdza nas w tym Kamila z trasy pieszej, która wcześniej pognała dziki w
naszą stronę :-) Jeszcze jedno podejście i w końcu decydujemy powrócić do
jeziorka. Niestety błądzenie zajmuje nam ponad 30 minut.
PK 5 - Ruiny wieży drzewo 20m na N
10 minut później
jesteśmy przy ruinach. Szkoda straconego czasu.
PK 11 - Skraj lasu słupek wysokości
Napotykamy resztki
śniegu, na długości 2-3m :-) Kwadrans później jesteśmy na kolejnym punkcie.
PK 10 - Początek strumienia
Droga wzdłuż
strumienia nieco zakrzaczona, ale prowadzi nas bez problemów do jego początku.
PK 14 - Przepust
Przepust również nie
sprawia problemów. Patrząc po czasie to kolejne punktu zdobywamy w odstępach
około kwadransa więc błąd przy "trójce" kosztował nas 2-3 punkty.
PK 12 - Szczyt górki
Wracamy znaną nam
drogą. Asfaltowy podjazd powoduje, że skupiamy się nad tym jak najsprawniej go
podjechać.
Jest skrzyżowanie,
choć z mapy wygląda, że powinny tu być drogi asfaltowe. I kościoła nie widać,
coś jest nie tak. Mimo to skręcamy w lewo i znów brakuje drogi. Stop! Zerkam na
mapę i już wiem.
Wracając z Obielewa
mieliśmy skręcić w prawo (skąd przyjechaliśmy) a my skupieni na podjeździe
pojechaliśmy prosto. To gdzie jesteśmy to Kaliska. Korekta. Jedziemy na zachód,
choć patrząc z perspektywy czasu nie wiem czemu nie pojechaliśmy na Buszkowo. Droga
płata nam figla i i tak lądujemy Jabłówkowie. Chwilę wcześniej ścigam się z
quadem :-)Ponoć gość robił wszystko
żeby mnie dogonić kiedy go wyprzedziłem, ale nie udało mu się.
Wjeżdżamy do lasu i
szukamy tego czego nie lubię - w lesie każde wzniesienie wygląda jak szczyt
górki. Oprócz nas punktu szuka kilku piechurów. Wycofujemy się i próbujemy
podjechać do punktu od południa. Dobry pomysł. Trafiony - zatopiony. Niestety
od poprzedniego punktu minęło 1:08h!!! Powinniśmy w tym czasie zaliczyć z
cztery punkty. Źle.
PK 15 - Skraj lasu
Stosunkowo długi
przelot do następnego miejsca. Trochę martwi nas brak ścieżki na mapie, ale
punkt jest na skraju lasu więc jakoś tam dotrzemy. Przy lesie decydujemy się
wjechać kawałek w głąb i trafiamy na ścieżkę, która wydaje się prowadzić tylko
na szczyt, ale w praktyce prowadzi nas aż do celu.
Czas na korektę
planów, minęło południe, czyli połowa czasu, a mamy dopiero 8 punktów :-(
Rezygnujemy z 20,22,13, 17, 21 i 4. Resztę zobaczymy w trakcie dalszej jazdy.
PK 9 - Granica kultur
Dziewiątka
namierzona bez problemów .
PK 2 - Skraj rowu
Coś mi się dziwnie
jedzie. Już wiem opadło mi siodełko. Poprawię przy punkcie.
PK 7 - Brzeg strumienia
Kolejny punkt, na
który wjeżdżamy bez problemów, choć przyznaję, że nie zauważyłem strumienia :-)
Zostaje nam około 2,5h czasu.
PK 23 - Wielki pień na skarpie
Pień jest gdzie miał
być, krótka narada i odpuszczamy PK19. Zupełnie nie po drodze, a zaliczenie go
może by było możliwe, ale bardzo "na styk".
PK 24 - Skrzyżowanie drzewo 10m na SE
Punkt zlokalizowany
około kilometra od mety, ale przed nami jeszcze 2 inne punkty. Choć niektóry
jak Daniel, którego tu spotykamy wracają już na metę z kompletem punktów.
PK 18 - Skrzyżowanie
Zaczynam odczuwać
zmęczenie.Konieczna dawka cukru. Punkt
łatwy do odnalezienia.
PK 16 - Zagłębienie słamane drzewo
Przed punktem
spotkamy Radka, który woła, że punkt jest kawałek dalej po lewej. Zatrzymujemy
rowery i przed nami zagłębienie, mokre zagłębienie. Spotykamy Wojtka, który
ponoć krąży tu już chwilę. Szukamy w zagłębieniu uważając aby nie wdepnąć za
mocno w jakieś błoto. Jesteśmy za daleko, cofamy się i ruszamy z drugiej
strony. Nadziewam się na gałąź i robię dziurę w spodniach :-( Szukamy dalej.
Darek obchodzi staw dookoła, a ja wracam do rowerów żeby zerknąć na mapę po
wydaje mi się, że szukamy za daleko. Wracam i co widzę. Tuż za rowerami wisi
punkt. Świetnie.
Ale możemy to zrzucić
na mylny opis "
słamane drzewo"
- nie wiedzieliśmy czego szukać:-)
Poza tym miałem wrażenie, że do punktu podchodziłem w górę, więc gdzie zagłębienie...
Kolejne kilkanaście
minut błądzenia. Inna sprawa,że to już i tak nie ma znaczenia. Na
dziewiętnastkę już nie pojedziemy. Może gdyby to miał być ostatni punkt do
kompletu to zaryzykowalibyśmy, a tak nie ma już parcia. Pewnie gdybyśmy go
zrobili po PK23 to zdążylibyśmy zrobić też resztę, ale gdyby babcia miała
wąsy...
Meta
Na metę przyjeżdżamy
z zapasem około 50 minut i tylko 16 punktami, ale już nic w okolicy nam nie
pozostało do zaliczenia. Gdyby nie te dwa błędy na początku…
Myjemy rowery i
idziemy coś zjeść. Spodziewałem się wczorajszej fasolki, a tu gulasz z kaszą i
marchewką. Choć fasolka też jest opcjonalnie jako dokładka.
Kąpiel i pora się
żegnać, chcemy jeszcze dziś wrócić do domu.
Świetnie
zorganizowana impreza, doskonała pogoda, ciekawe okolice i wyborne towarzystwo,
czego chcieć więcej? Może tylko poprawiłbym jakość wydruku mapy i… naszą
nawigację. Patrząc na nasz start teraz, szkoda. Szkoda tych dwóch błędów na
początku, bo poza nimi nawigacja była bezbłędna. Ostatni punkt przemilczę.
Komplet był do zrobienia bez problemu. Ale my go nie zrobiliśmy.
Wracając czuję w
nogach zmęczenie. To chyba dobrze, znaczy, że się nie obijałem.