Wczoraj odpuściłem trening, do gardła doszedł katar. Dziś jednak nie mogłem sobie odmówić spinningu. Dziś wyjątkowo prosta była wizualizacja kiedy usłyszałem: w lesie, giną ścieżki, nie wiadomo gdzie jesteś... Nie musiałem sobie niczego wyobrażać, wystarczyło sobie przypomnieć jedną z wielu takich sytuacji.
W planach było jeszcze bieganie. Ale po pierwsze brakło czasu, a po drugie dziś czuję nogi. Dostałem w kość. Oczywiście po części to moja wina, bo w końcu sam sobie ustawiam opór. Ale fajnie było.
Gardło dalej daje o sobie znać. Dziś sprawiło, że mój głos był wyjątkowo odmieniony. Rano zaspałem na siłownię, ale za to po pracy pposzedłem na spinning. Znów się nieźle spociłem. Ciekawe, czy to dobra metoda na przegonienie przeziębienia.
Od wczorajszego ranka czuję lekki ból gardła. Do tego nikt mi nie powiedział do jakiej temperatury powinno się biegać na dworze.
Andretti pokazuje, że jest -6 (nawet z lekkim kawałkiem).
Trudno idę. A właściwie biegnę (i idę). I wciąż jest całkiem ok. Nawet chłód mi nie przeszkadza. Podejrzane to, ciekawe gdzie jest haczyk...
Podoba mi się, to kiedy rano przyjeżdżam do firmy po siłowni, pełen energii, zadowolony, że już coś dla siebie zrobiłem, a inni zaczynają się dopiero budzić, szukać pierwszej kawy...
Rano miała być siłownia, ale w nocy był niespodziewany wyjazd do szpitala. Po powrocie niepotrzebnie się o 4 rano położyłem jeszcze spać i... zaspałem.
Za to był kolejny spinning. Pełna salka. Wciąż mokry, ale już z niższym pulsem. Wciąż mnie zadziwia jak łatwo udaje się kręcić przez godzinę, czy też półtorej godziny. W domu, czy samotnie na siłowni był z tym straszny problem, a tu da się. I ani przez chwilę się nie nudzi. Przynajmniej mnie.
Wczoraj na lodowisku mimo nogi w gipsie niektórzy też dali radę się bawić...
Rok temu próby biegania dość szybko się skończyły po niepokojącym bólu w okolicach Achillesa. W tym roku postanowiłem spróbować raz jeszcze. Pomny doświadczeń, bieganie poprzedziłem badaniami stopy i doborem obuwia. Czy to coś pomoże, czy to tylko marketingowe chwyty - nie wiem. Na pewno uspokoiłem sumienie.
Buty kupione więc trzeba pobiegać. Wcześniej jeszcze przejrzanych mnóstwo różnych stron o bieganiu i kilka (-naście, -dzieścia) różnych planów treningowych dla początkujących. I to bardzo różnych. Wspólnym mianownikiem jest tylko marszobieg w pierwszych tygodniach.
Próbujemy. Co prawda zakładałem, że będę biegał raczej po asfalcie, ale pierwsze kroki skierowałem do lasu...
Cztery serie i o dziwo, mimo, że niby trudniejsze niż rok temu, to jakoś łatwiej zrobione. Zobaczymy jaki efekt będzie jutro :-)
Dziś po raz drugi na spinningu. Tym razem dłużej i w ciekawej atmosferze. Choć znów skończyłem mokry to miałem wrażenie, że lepiej panowałem nad pulsem. Zdziwiłem się, kiedy w pewnym momencie kontrolując puls zerknąłem na czas ćwiczeń i okazało się, że już minęła godzina kręcenia. Po skończeniu czułem, że bez problemu mógłbym jeszcze pedałować.
Zdjęcie nie z treningu, ale nie mogłem się powstrzymać. Tym bardziej, że wpisuje się w dzisiejszy trening :)
W końcu się wybrałem zobaczyć jak to jest. W sumie okazało się, że to ciąg dalszy pracy... Połowa osób to ludzie z firmy :-) Łącznie z prowadzącym :-)
Ciekawe doświadczenie. Spociłem się jak diabli. Sam sobie, czy to w domu, czy na siłowni, nie dałbym takiego wycisku. Nawet muzyka mi zbytnio nie przeszkadzała i pod koniec już mi się wydawało, że kręciłem w jej rytm. Choć nie ukrywam, że wolałbym swoją, też pełną energii... :-)
Jedyny minus to to, że skupiałem się jedynie na poprawnym kręceniu i przeżyciu :-) natomiast zupełnie nie byłem w stanie kontrolować pulsu.
Kolejny poranek na siłowni. Lubię to uczucie kiedy człowiek wchodzi przed ósmą do biura i wie, że już coś już dziś dla siebie zrobił, że jest już pełen energii, kiedy inni dopiero szukają kawy żeby się obudzić. :-)
I migawka z niedzielnej wizyty w Tychach na Mistrzostwach Polski w szermierce klasycznej. Jeszcze raz dziękujemy Szkole Fechtunku Aramis za zaproszenie, a szczególnie Basi za komentarze, bo bez tego podejrzewam, że niewiele byśmy zrozumieli z tego co tam się działo :)
Tym razem po czwartej budzi nas sąsiad, bo... mu z powały na nos kapie. Strzelił nam kaloryfer. I znów poranne plany diabli wzięli. Kiedy w końcu jest okazja jechać jakoś mi się nie chce. Zimno, brr....
Wieczorem trafiam na siłownię. Na dzień dobry dostaję ciasteczko z wróżbą. Oby się spełniła :-)
Potem standardowy zestaw ćwiczeń. Dopasowanie (zwiększenie) obciążeń. Wciąż mi się podoba. Zobaczymy jak długo.