Koledzy wybrali się w góry, a ja... nie. W sumie okazało się, że jakbym się sprężył to może i miałbym szansę dołączyć.. ale się nie sprężyłem... W zamian samemu rundka po okolicy z mocniejszymi akcentami w Zbrosławicach. Obok mnie to samo dwóch gości na szosówkach. Ciepło.
Nie ma to jak wyjść na rower w największy upał. Dziś na szczęście w planach tylko luźna przejażdżka. Mimo wąskich kółek spora część w terenie i... w sumie bez większych problemów. Tylko przed Nakłem trochę niepewności na zjeździe i koleinach.
Na Chechle tłumy więc uciekam w stronę Świerklańca. Jako, że wciąż nie znam na pamięć wszystkich odnóg Leśnej Rajzy mijam zalew bokiem i odbijam w stronę Brynicy. Po chwili jednak zjeżdżam ze szlaku, bo to nie mój kierunek i jadę na azymut by... znów trafić na znaki LR :-) Teraz dojeżdżam już tam gdzie chciałem. Zamiast zatrzymać się nad dużym zbiornikiem w Kozłowej Górze, staję kawałek dalej nad uroczym stawem.
Krótka przejażdżka po śniadaniu. Wciąż cienkie opony założone więc jakoś nie ciągnie mnie do lasu. Po paru km jednak dochodzę do wniosku, że powoli trzeba będzie je zmienić na "zwykłe" :-) Za bardzo męczą mnie samochody. Do tego te skrzyżowania i światła co chwilę :-(
Wychodzę z domu i... zaczyna kropić. Wczoraj lało i grzmiało. Mimo to ruszam powoli. Lekko momentami kropi. Kiedy dojeżdżam do Zbrosławic drogi są już mocno mokre. W Kamieńcu to samo. W końcu w Świętoszowicach doganiam deszcz. Tu już regularnie pada i tak jest do Mikulczyc. Przestaje i kiedy dojeżdżam do domu jestem już suchy.
Po niedzielnym rekordzie wczoraj nie było czasu na rozjazd - ważniejszy był mecz w towarzystwie syna.
O dziwo, czułem się wczoraj zupełnie spokojnie (czyt. np. nie było problemów przy zejściu ze schodów), ale było też ogólne zmęczenie.
Zastanawiam się jak będzie dziś. Ogólnie spoko, cztery litery już nie pamiętają weekendu, ale ogólnie czuję osłabienie. Rundka głownie po asfalcie, tylko kilka km w terenie zobaczyć jak będzie na cienkich oponach. W sumie jadę, ale chyba szybko zmienię je jednak na stare, szerokie :-)
Wracając widzę tablicę z informacją, że do granicy ukraińskiej dałbym radę dojechać w jeden dzień (myślę, że te siedem km bym jakoś dokręcił) :-)
O poranku, ale późniejszym niż niegdyś to bywało. Z rana, aby uciec przed upałem.
Stosunkowo mały ruch. Fajnie się jedzie, choć słońce już daje w kość. Ciekawe jak będzie jutro...
Po
wczorajszej niemocy, dziś z lekką obawą. W planie jazda na twardszych przełożeniach. O dziwo dziś jest znacznie lepiej. Po drodze spotykam Olę z Januszem, ale już wracają więc jadę dalej samotnie.
Na Osiedlu Młodego Górnika postawili nowy zabytek techniki...
Moje życie, moja droga...
Po dokładniejszym czyszczeniu rower w końcu przestał zgrzytać. Ruszam i od początku jest źle. Czuję kolano, które dość mocno i nietypowo zabolało mnie po kąpieli na Szadze. Do tego od samego początku myśli krążą z dala od treningu. Zjeżdżam do lasu, może tam będzie lepiej. Nie jest. Do tego cokolwiek bym nie robił to tętno maksymalnie sięga 140, gdzie zwykle maks to 180 albo i więcej.
Każdy podjazd to mordęga, prędkość jednocyfrowa (tak przynajmniej podejrzewam, bo nie mam licznika uszkodzonego na zawodach). A puls cały czas niski.
Po 25 minutach mam dość, przez kilka kolejnych jeszcze próbuję się zmusić żeby nie wrócić do domu, ale w końcu rezygnuję.
Jadę do domu zupełnie bez sił. Nie potrafię się zmusić do pedałowania. Zupełnie nie wiem czemu...
Do tego Endomondo od Szagi nie działa. Wyłącza się po kilku sekundach :-(