Rano byl basen, ale po powrocie z pracy było mi mało i postanowiłem wyjść na jedno kółeczko wokół osiedla. Szybko okazuje się, że powietrze jest dość mroźne -7C. Wiem, że to nic w stosunku do ostatnich temperatur, ale ciężko się oddycha. Biorąc pod uwagę, że żona od kilku dni chora, to rozsądek nakazuje wrócić jak najszybciej do domu i samemu nie ryzykować przeziębienia. Ale na co komu rozsądek... :-)
W połowie trasy czuję zmęczenie, diabełek mówi "zatrzymaj się", na szczęście miałem głośną muzykę i nie słyszałem tego :-)
Z trudem się budzę, czy to efekt wczorajszego Blue Monday? Chyba nie, bo go jakoś wczoraj nie zauważyłem u siebie. Może tak trudno mi się wstaje, bo wiem, że wszyscy mają ferie i zostają w domu, a ja muszę iść do pracy... Zastanawiam się czy iść pobiegać, czy popływać, ale ponieważ ostatnio biegałem w piątek to wybór jest oczywisty.
Ciężko mi się wstawało, ciężko mi się biegnie. I to nie tylko dlatego, że nie wszystkie chodniki są odświeżone... Ale co robić, najpierw musi być ciężko, żeby potem mogło być łatwiej :-)
Z innej (a może tej samej) beczki, przypomniało mi się co wczoraj czytałem (oglądałem):
Smog był świetnym usprawiedliwieniem przez ostatnie dni :-) Zamiast biegów był trening ogólny plus basen.
Dziś próbowałem się zasłaniać budzikiem, ale żona była nieustępliwa. Musiałem wstać. Ciuchy przygotowane już wczoraj, a innych wymówek brak. Rundka wokół osiedla. Miejscami na chodnikach sporo śniegu, ale jakoś dałem radę. Ubrany niestety zbyt ciepło, raczej na temperatury ubiegłotygodniowe.
Przybiegam mokry, ale zadowolony, że jednak dałem się obudzić. Dzięki Anetko.
Całą drogę towarzyszyła mi Gaba Kulka i m.in. kawałek, którego wykonanie niektórzy uznają za profanację, ale mi jakoś pasuje. Całą płytę lubię.
Zimna noc za nami, teraz też termometr nie zachęca do wyjścia na dwór (-9C), ale co robić... trzeba się iść poruszać. Może byłoby łatwiej i cieplej na bieżni, ale jakoś mnie to nie kręci. Chyba, że wariactwo na dworze skończy się chorobą to może zmienię zdanie. Póki co po powrocie herbatka z miodem i cytryną i mam nadzieję, że będzie ok. Co prawda dziś po raz pierwszy kaszlę po powrocie, ale zakładam, że to zmiana temperatury i że zaraz mi przejdzie.
Po powrocie do domu czytam w sieci nagłówek: "Znów dusi nas smog. W woj. śląskim jest katastrofalnie!" Znaczy się idealny czas na bieganie. Może w takim razie źródłem kaszlu nie było zimno tylko smog?
Dziś dzień w biegu. W planach był poranny basen, ale za nic nie chciało mi się wstać z łóżka. Z pracy też nie udało się wyjść wcześniej, a potem była obowiązkowa wizyta na treningu UKS "31 Rokitnica" Zabrze :-)
Wieczorem, a raczej wczesną nocą postanawiam jednak choć chwilę pobiegać. Nie wiem, czy to dobry pomysł bo na zewnątrz -9C !!!
Ale idę, tym bardziej, że dziś mi odbiło. Tak wiem, kolejny raz... Tylko teraz tak bardzo. Biorąc pod uwagę, że zamiast biegać to ledwie truchtam i najdłuższe dystanse jakie udało mi się pokonać to ok. 10 km to... zapisałem się dziś na maraton. Tak nie na ćwierć, pół tylko na maraton - 42,195 km biegiem.
Termin: 1 października. Zapisałem się i zapłaciłem. Teraz pozostaje trenować. Czy dam radę? Wierzę, że tak. Skoro w 9 miesięcy można urodzić dziecko to chyba też można przygotować się do maratonu.
Na wszelki wypadek napisałem o tym tutaj, żebym miał większą motywację. Żebym w razie czego musiał się przed Wami tłumaczyć. Żebyście... mnie wspierali i pilnowali :-)
Trzymajcie za mnie kciuki :-) I za tych na zdjęciu też :-)
I jak tu nie iść pobiegać. Idę, ale kiedy wychodzę na dwór to się odechciewa... zamieć, zawieja, zadymka... Chyba jednak zawieja. Wieje tak, że nie jestem w stanie biec i patrzeć przed siebie. Strasznie wieje i sypie. Do tego miejscami ślisko lub na chodnikach śnieg. Trzeba więc ostrożnie....
Znów pada. Bałem się, że będzie ślisko, ale nawet było znośnie. Choć zmęczony to jakoś mi się dziś w miarę lekko biegło. Tylko łykane powietrze trochę za zimne. Mam nadzieję, że herbatka z miodem nie pozwoli na przeziębienie.
Czasu mało, ale się udało. W innym wypadku pewnie znalazłbym powody, aby nie biegać jutro, pojutrze i tak dalej. Na dworze rześko, ale przyjemnie. O dziwo nawet nie czuć było domowych palenisk.
Tyle zrobiłem przez cały wczorajszy dzień. Łóżko - kuchnia - łazienka - łóżko. Brawo Ty!!! A ta złośliwa waga nie omieszkała mi o tym dziś rano przypomnieć .
Więc przed obiadem (wiem, powinno być zamiast ;-) ) znów chwilę pobiegać. Po wigilijnym biegu czułem (czuję) uda, dziś dość szybko zacząłem czuć piszczele. Ale udało się dobiec bez przerw do końca.
Trzeba szybko (póki mi się jeszcze chce) znaleźć jakieś cele. Biegowe, bo rowerowe już się krystalizują.
Choć z tym planowaniem to wiadomo jak jest. Kto by jeszcze wczoraj pomyślał, że to będą prawdziwe Last Christmas...
Nie był to mój ulubiony artysta, ale są postacie, których trudno nie doceniać... Chciałem tu wrzucić jakiś cover, jakąś specjalną wersję (metalową, punkową, celtycką... ), ale choć niektóre są naprawdę niezłe to... jednak żadna nie jest godna by ją dziś słuchać...
Ponoć jaka Wigilia taki cały rok. Nie wierzę w przesądy, ale na wszelki wypadek wyszedłem choć chwilę potruchtać ;) Tym razem na strefie. Sucho i spokojnie. Niezbyt wiele, ale zawsze coś jest więc szansa, że cały rok będę biegał. Boję się tylko żeby to nie było bieganie po sklepach, bo te dziś jak zwykle też zaliczyłem...
No i jeśli ma być taki cały rok to nie wiem, czy mam się cieszyć, czy smucić, bo dzień zacząłem od pracy... Co prawda był to koniec wczorajszego dnia, ale zakończyłem go już dziś o 1:30. Na szczęście to nie była praca firmowa... :-)
A z akcentów rowerowych to tuż przed kolacją wigilijną dotarły w końcu zamówione 15 dni temu (!) opony.Lepiej późno niż wcale, ciekawe jak się sprawdzą.