Wczoraj intensywny i bardzo długi dzień, bo zakończony meczem finałowym Pucharu PGNiG Superligi. Po nieco nerwowej pierwszej połowie, w drugie chłopaki nie dali szans drużynie Sandra SPA Pogoń Szczecin i pewnie wygrali zdobywając puchar. Nie wiem, czy bardziej cieszyli się zawodnicy, czy kibice, ale ciężko było opuścić halę.
Każdy chciał zostać jak najdłużej rozmawiając z zawodnikami, robiąc sobie fotki i oczywiście chcąc dotknąć pucharu. Niektórym (jak Igorowi) się udało :-)
Dziś wg planu rozbieganie więc: Bieg w swobodnym, luźnym bardzo komfortowym tempie (trucht), podczas
którego biegacz może spokojnie prowadzić rozmowę. Kieruj się głównie
samopoczuciem. Jeśli dostajesz zadyszki – zwolnij. Jeśli samopoczucie
masz dobre, możesz biec trochę szybciej niż zwykle, jeśli jesteś
ociężały, zwolnij. Niech twoje ciało ci powie, jak szybko danego dnia
może biec. W teorii biegania to bieg na poziomie ok. 65-75% własnego
tętna maksymalnego (HRmax).
Biegnę więc starając się słuchać organizmu, a zegarek próbuje pilnować tętna, które oczywiście próbuje skakać powyżej założonego limitu. Próbuję zwalniać kiedy zaczyna mi brakować oddechu i tak sobie truchtam. Efekt - bez większego wysiłku biegnę nieco (takie małe nieco, ale zawsze to coś) szybciej niż zwykle. Czyli trzeba biec swoje, bez szarpania, bez szybkich początków...
Ech, pięknie jest móc sobie pobiegać... A tu trzeba się pakować na rowerowanie... Ciekawe na jakie noclegi uda nam się trafić na trasie... Takich jak w Sandomierzu już pewnie nie będzie...
Ostatni tydzień to kryzys. Kryzys w Opolu, kryzys u mnie. Zmęczenie, problemy i przerwa w treningu. Nie wiem, czy to efekt krótkiego urlopu i rozleniwienia (choć tam biegałem), czy przesilenia wiosennego... A na urlopie było pięknie... Na zdjęciu sad leszczynowy jaki mieliśmy za naszą kwaterą...
Tak, czy owak, chciałbym o ubiegłym tygodniu zapomnieć. Trzeba wrócić do treningów. Przede mną intensywny okres rowerowy, a za nieco ponad 4 miesiące maraton. Im bliżej tym ciężej to widzę, ale wciąż wierzę, że dam radę. Muszę. Tym bardziej, że wczoraj organizatorzy maratonu poinformowali o zmianie trasy... Meta będzie... na bieżni Stadionu Śląskiego :-) To zobowiązuje :-)
Trzymajcie kciuki i motywujcie mnie. Potrzebuję tego. Naprawdę.
Wydawało mi się, że przedłużony weekend to był wypoczynek. I tak było. Spokojnie, rodzinnie, spacery, ogniska, kibicowanie na meczach, a jednak... po powrocie byłem totalnie zmęczony. Sen przychodził nagle i nie chciał odejść... Już się boję co będzie się działo w najbliższych tygodniach.
Mimo to wyjazd był tak udany, że zdecydowałem się nawet zrobić sobie selfie... (czy to jest na pewno selfie, bo się nie znam?)...
Dziś rano ciężko było wstać, po pracy również padłem. Mimo wszystko wieczorem udaje się na chwilę wyjść. Nie wiem czemu ale ruszam zbyt szybko (jak na mnie) i efekt od razu widać. Oddech, puls... Zamiast zwolnić, biegnę dalej w podobnym tempie licząc chyba na cud. Ten się nie zdarza. Zaplanowane podbiegi kończę w połowie... Brak tchu, puls 190+. Wracam do domu. Dobrze, kolejna nauczka, pilnować tempa...
No i na koniec jeszcze kilka zdjęć z niedzielnego spaceru po Sandomierzu i okolicy.
Kolejny dzień z dala od domu i kolejne bieganie. Wstaję wcześnie, ale czekam, aż obudzą się chłopcy. Może pobiegną choć kawałek trasy ze mną. Niestety, obaj wybierają łóżko. Gdybym wiedział, że tak będzie to pobiegłbym bladym świtem, a tak start w największym słońcu.
Na niebie prawie nie ma chmurek. Mogło być tak w trakcie wczorajszej wycieczki - zdjęcia by były ładniejsze.
Teren tu mocno pagórkowaty. Dziś biegnę w drugą stronę, ale łatwiej nie jest. Do tego ciepło. Chyba trzeba będzie robić treningi bladym świtem lub wieczorem. Żałuję, że nie wziąłem niczego do picia. Dziś by się przydało.
Rundka dłuższa niż wczoraj, ale krótsza nieco niż planowałem.
Ciekawostka: w tym roku mam przebiegnięte 327 km, a przejechane 325 km. Szok.
Przybiegam do domu. Woda i chwila zastanowienia, czy nie pobiec dalej... ale nie, czas na kąpiel, późne śniadanie i może dziś też uda się coś ciekawego zobaczyć.
Z konieczności trzy dni przerwy więc dziś nie ma przebacz. Wstajemy rano i wraz z Wiktorem ruszamy pobiegać. Wczoraj po zwiedzaniu zaplanowana trasy biegu - zobaczymy jak wyjdzie w praktyce. Wychodzi spoko, mała niespodzianka tam gdzie Google Street View pokazywało brak drogi - rzeczywiście jej nie było, ale była ścieżka ;-)
Potem jakieś 750m ładnego podbiegu. No cóż, zahaczamy właśnie o Góry Pieprzowe. Dało w kość, ale na szczęście biegliśmy sobie spokojnym tempem i jakoś się udało. Przydatne, bo wszyscy mnie straszą, że sobie strasznie trudny maraton wybrałem, że jest sporo łatwiejszych, bardziej płaskich. Trudno, zapisany więc nie ma wyboru i trzeba ćwiczyć podbiegi ;-)
Przebiegając bramę domu mamy 8 km, czyli tyle i chciałem dziś przebiec.
Trochę więcej czasu spędzam w Darlington Park, ale to głównie dlatego, że trochę się tam zakręciłem i wybiegłem nie tam gdzie myślałem, że jestem, a dodatkowo niektóre wyjścia były zamknięte.
Niedziela była aktywna na.. targach. Dziś podobnie, więc rano przed śniadaniem rundka po okolicy. Trasa miała być nieco inna, ale się nie powiodło wgranie trasy do Garmina na szybko, a po całym dniu na stoisku już mi się nie chciało walczyć z tym przed snem.
Ruszam więc do przodu i po chwili są schody nad rzekę. Ciąg pieszo-rowerowy ale prawie pusty więc biegnę sobie wzdłuż wody.
Dziś zgodnie z planem (prawie zgodnie, bo miało być jutro, ale jutro by się nie udało) - pierwsze długie rozbieganie. Długie pewnie dla wielu brzmi śmiesznie, bo to raptem 12 km, ale dla mnie długie. Inna sprawa, że w zeszłym tygodniu w sobotę było 12, a w niedzielę 15, ale to było trochę niezgodnie z planem :-) Ale za to jak fajnie :-).
Dziś pogoda nie pomagała w wyjściu z domu. W końcu jednak się zebrałem. Przez cały czas drobna mżawka,, ale jakoś specjalnie mi nie przeszkadzała. A może nawet pomagała. Tempo bardzo spokojne, a mimo to pod koniec lekkie zmęczenie. Brakował mi chyba picia. A może jakiś żel by wystarczył. Lub chociaż treściwsze śniadanie rano, a nie mała miseczka musli.
Najważniejsze jednak, że trening zrobiony. Był czas żeby pomyśleć o wielu sprawach. Muszę chyba też playlistę trochę rozbudować lub zmienić, bo mnie momentami zaczyna nudzić.
Jak zawsze najgorzej wstać z łóżka, a potem już jest świetnie. Szczególnie gdy biegnie się w stronę wstającego słońca. I cały czas uśmiech na twarzy - muszę rzeczywiście głupio wyglądać w trakcie biegania ;-)