Wpisy archiwalne w kategorii

W towarzystwie

Dystans całkowity:30093.27 km (w terenie 8553.43 km; 28.42%)
Czas w ruchu:2252:29
Średnia prędkość:13.97 km/h
Maksymalna prędkość:183.00 km/h
Suma podjazdów:63035 m
Maks. tętno maksymalne:208 (144 %)
Maks. tętno średnie:191 (100 %)
Suma kalorii:321253 kcal
Liczba aktywności:911
Średnio na aktywność:36.26 km i 2h 28m
Więcej statystyk

Bike Orient

Sobota, 21 czerwca 2008 · Komentarze(9)
Bike Orient
Wczoraj dotarliśmy do Wolborza mocno spóźnieni, jednak towarzystwo tak mocno się integrowało, że mimo późnej pory, większość osób zdążyliśmy poznać od razu w piątek. Fantastyczna atmosfera nam również się udzieliła i do jeszcze późniejszych godzin integrowaliśmy się już wspólnie.

Sobotni poranek. Towarzystwo na mocno zwolnionych obrotach, powoli konsumuje śniadanie, ubiera się, z coraz większymi obawami spoglądając na chmury za oknem. Mnie również udziela się ten spokój i... nagle spostrzegam, że nikogo już nie ma na kwaterze. Szybko na dół, a ekipa już robi sobie pamiątkowe zdjęcie. Udaje mi się też załapać.



Zdjęcie pożyczone od brata, ale w tym pośpiechu nie zdążyłem wziąć swojego aparatu. Niestety, bo na trasie będzie co focić.

Ruszamy wspólnie na punkt startowy. Prawie wspólnie, bo ja jeszcze w pośpiechu zapinam torbę z narzędziami i gonię ekipę. Wygląda na to, że mamy silną ekipę:
kosma, jahoo81, agenciara, dmk77, wrk97, kobra, flash, tomalos, hose, pyszard, pixon, kitaxc, silenoz,... pewnie kogoś pominąłem (sorry wielkie, wybaczcie mi )...
EDIT: Pominąłem: demvari
Do tego jeszcze trójka obecnych, ale nie startujących: cykorek, anetka i igor03. Dużo nas :-)

Pobieramy numerki startowe, mapy dostaniemy za chwilę na linii startu. Wiktora rower budzi respekt wśród tych, którzy próbowali go podnieść. Ciężki, jak dla 11-latka bardzo ciężki.

Ruszamy. Pod eskortą policji mijamy krajową "ósemkę" i... w drogę. Ekipa rozdziela się przyjmując różne warianty jazdy, w różnej kolejności, pojedynczo, grupkami... Do Wiktora i do mnie dołącza Kosma i Kobra. Decydujemy się jechać spokojnym tempem i zaliczyć choć kilka punktów (przed wyjazdem z domu w założeniu było: chociaż JEDEN). Ruszamy w stronę pkt 8 i już po chwili jedziemy prawie sami. Reszta peletonu się już rozjechała.

Ósemka okazuje się być na tyle blisko, że żałuję, że Anetka z Igorkiem nie pojechali, myślę, że daliby radę, a Igor jako niespełna 5-latek zebrałby nagrodę dla najmłodszego uczestnika.

Od ósemki do naszej małej grupy dołącza Maciek z Łodzi i w takim 5-osobowym teamie spędzimy cały dzisiejszy dzień.

Kolejnym punktem jest "dwójka", ukryta tuż nad brzegiem Zalewu (Jeziora) Sulejowskiego. Dotarcie do tego punktu kosztuje nas trochę wysiłku, bo... piasku tu ni brakuje, nie wszędzie da się jechać.

Docieramy tu z innej strony niż wszyscy, ale jak się okazuje dość szybko. Chwila przerwy na posiłek i ruszamy dalej.

Tym razem pkt 10. Mocno oddalony. Na tamie nad zalewem Monika decyduje się nas opuścić i odpocząć więc dalej ruszamy już w czwórkę, odbierzemy ją wracając. Tuż po tym jak zostawiliśmy naszą przewodniczkę lekko gubimy drogę, ale po chwili już jesteśmy na pięknej leśnej rowerówce.

Odnajdujemy pkt 10 i... szok. Punkt jest obok schronu... kolejowego. Schronu o długości ponad 350m. Niestety nie mamy sprzętu pozwalającego na zwiedzenie go. Jak się potem dowiadujemy koleżanki próbowały go spenetrować z użyciem rowerowych lampek ale szybko odpuściły. Niemniej jednak widzieliśmy śmiałka (idiotę), który wjechał tam bodaj Kangoorem.

Spożywamy słodko-owocowy poczęstunek. Mamy za sobą dobrze ponad 50km. Debatujemy co robić dalej. Kobra bardzo chce zaliczyć kolejne punkty, już nawet obmyślamy kolejność, ale w pewnym momencie rozsądek zwycięża i decyduję się wracać z Wiktorem. Muszę mieć jednak na względzie jego wiek. On oczywiście chciałby pojechać dalej, ale oznaczałoby to, że oddalimy się jeszcze bardziej od Wolborza. Wracamy. Reszta drużyny decyduje się wracać z nami, choć mówiłem żeby jechali sami. Ale okazało się, że drużyna to drużyna :-)

W drodze powrotnej mamy z Wiktorem małą przytulankę, czego efektem jest zdarte kolano mojego syna. Odbieramy Kosmę, po drodze mija nas pędzący jeleń, znaczy się Damian... tak jak myślałem, zdecydował się powalczyć...

Zaliczamy jeszcze mocno ukrytą w lesie piątkę i spokojny powrót na metę, gdzie czeka nas już pyszna kiełbaska, a potem zwiedzanie Muzeum Pożarnictwa.
Organizacja imprezy fantastyczna. Wszystko jest dopięte na ostatni guzik.

Gawędzimy w oczekiwaniu na wyniki. Mimo, że nie jesteśmy na podium to nastroje wyśmienite. Na pocieszenie zdobywamy nagrodę dla najliczniejszej drużyny.

Igor losuje nagrody pocieszenia i... wygrywamy z Wiktorem bidony.



Dość oryginalne bidony…



Wracamy. Ostatnie 4km do kwatery jedziemy z Igorkiem, więc średnia drastycznie nam spada, co 200-300m postój… Oj było tych postojów.

Wieczorem ciąg dalszy integracji, jednak dziś już krócej… widać zmęczenie…
Ogólnie… fantastyczny dzień, fantastyczni ludzie… Po prostu fantastycznie…


Podsumowanie, wyniki, wywiady i inne relacje na stronie imprezy

I nawet na wywiad się załapałem.... :-)

Rodzinnie...

Sobota, 7 czerwca 2008 · Komentarze(17)
Rodzinnie...

Dziś pierwszy "dłuższy" wyjazd całą rodzinką. Nie tylko z Anetką i Wiktorem, ale również z Igorkiem.

Ruszamy lasem do Miechowic. Początek koszmarny, ciężka przeprawa przez ogromne pokrzywy, które najbardziej dają w kość Igorkowi.





Jakoś dajemy radę i spokojnie przez las dojeżdżamy do dziadków - "ani jednej glebki" u Igora... inaczej niż u Wiktorka... :-)

Wcześniej chwila przerwy w lesie w towarzystwie sympatycznego nauczyciela (również na rowerze).



Powrót trochę trudniejszy, widać zmęczenie u Igorka i glebki zdarzają się coraz częściej, tym bardziej, że sporo podjazdów. Ale daje radę.

Mimo zmęczenia pod pod blokiem zostaje z Wiktorem żeby... zrobić jeszcze parę kółek. Dzieci jednak mają niesamowitą energię...

Wycieczka wyjątkowo długa... czasowo... ale było fajnie... :-)

Krótko

Czwartek, 5 czerwca 2008 · Komentarze(10)
Krótko

Dziś pod wieczór krótki wyjazd z Wiktorkiem moją nowo odkrytą trasą w terenie.
Oj, coś Wiku miał dziś słabszy dzień, jakoś go strasznie teren zmęczył, marzył o asfalcie. Tak jak myślałem, po deszczu tam będzie ciekawie. Po ostatnich opadach już dziś mozna się było ubrudzić, szczególnie jak jeździ się tak jak mój syn... (co tam kałuże...)

3 miejsce w Silesia Cup MTB 2008

Sobota, 31 maja 2008 · Komentarze(17)
3 miejsce w Silesia Cup MTB 2008

Niestety nie ja. Plany były inne, a wyszło jak zwykle. Ale tym razem wyszło... świetnie.

Nie udało mi się wystartować więc wcale mi się nie chciało przyjeżdżać. Wiku jednak bardzo nalegał, więc wziąłem chłopaków (i ich rowery) i pojechaliśmy do Chorzowa. Wiktor był zawiedziony, że z racji wieku nie może wystartować w normalnych zawodach ale w końcu skusił się na dziecięce (chociaż i tak wcześniej było: "Tata, co to jest 1km..."). Kiedy numer startowy zawisł na jego rowerze, Igor również poczuł chęć rywalizacji (czyt. posiadania numerka). Mimo, że jest młodszy niż regulamin przewidywał udało się go zapisać (jak się okazało było więcej takich maluchów).



I wtedy się zaczęło... prasa, radio, telewizja... :)



Po chwili start i jak burza poszedł Wiku.



I dawał tak, aż do końca...



Igor nie był gorszy, ledwie nadążyłem za nim biec wzdłuż trasy.



Były trudne chwile, ale jeżdżenie po trawie wbrew pozorom nie należy do łatwych...



Myślałem, że nie da rady, ale był dzielny i z uśmiechem na twarzy dotarł do mety.



W oczekiwaniu na wyniki zwiedziliśmy coś co dumnie nosiło nazwę targów.

Wiku w międzyczasie próbował sił w streetsurfingu i... dawał radę, nie wiem jak się można na tym utrzymać....





W końcowej klasyfikacji Wiku zajął 3 miejsce w swojej kategorii, Igu był poza podium, ale również dostał nagrodę ("tylko dwie").





Zmęczeni, upał był koszmarny, w końcu wrócilismy do domu.
"Duży" wyścig widzieliśmy tylko momentami, podobnie jak zawody BMX.


Wieczorkiem, po długiej przerwie (jak to spytał brat: brak czasu, czy celu - w sumie to sam nie wiem) wybrałem się na chwilkę na rower.
Tuż obok bloku spotkałem sąsiada i... zrobiliśmy wspólnie krótką rundkę po okolicznych lasach. Okazało się, że sąsiad tak często pedałuje po okolicy. Ale tak to jest jak się zna sąsiadów tak dobrze jak ja...

W sumie wyszedł sympatyczny dzionek, ale wciąż tęsknię za Bieszczadami...

Integracji ciąg dalszy

Sobota, 24 maja 2008 · Komentarze(4)
Integracji ciąg dalszy
Po wczorajszej integracji dziś zbyt późno się zebraliśmy i jedyne co nam się udało to obowiązkowy (wymuszony przez Igorka) wyjazd w teren.
Po dojeździe do granicy lasu słychać było tylko jeden krzyk: "Ani jednej glebki!!!". jeździ coraz lepiej.

Niestety my musieliśmy wracać na Śląsk, a reszta została się integrować dalej.

Dzięki za miłe spotkanie.

Integracja

Piątek, 23 maja 2008 · Komentarze(3)
Integracja

Wciąż w Kampinosie. Rano dojeżdża do nas Młynarz i zrobił się już mały zlot. Jest nas już 8 BS-owiczów:

- Monika
- Sabinka
- Anetka
- Piotrek
- Damian
- Wiktor
- Igor
- ja

Gdzie reszta? :-)

Po śniadanku ruszamy wszyscy w teren (jedynie Sabinka z Igorem jadą załatwić inne ważne rzeczy).

Przejażdżka po Kampinosie. Fantastyczna jazda, świetne ścieżki. Zachwycamy się przyrodą.



Chwila przerwy w miejscu zwanym Zamczyskiem.





Część ekipy chciała w Kampinosie kupić nieruchomość...



Dalej jedziemy szosą do Żelazowej Woli. Nie był to jednak najlepszy wybór. Duży ruch. Tam krótka przerwa na sponsorowane przez Monikę lody (do parku niestety nie można wjechać rowerem) i bocznymi drogami powrót do domu.

Wieczorkiem jeszcze obiecany Igorowi wyjazd w teren.



I wieczorna integracja sponsorowana przez Młynarza.

W Kampinosie

Czwartek, 22 maja 2008 · Komentarze(7)
W Kampinosie

Po bieszczadzkich szaleństwach, przerwa. Czas odrobić zaległości w pracy. Po trzech wariackich dniach na szczęście kolejne wolne dni. Nad ranem przyjeżdżamy całą rodzinką do Damiana. Po śniadaniu, Damian, Igor, Wiktor i ja ruszamy na rowerach w teren.



Towarzyszy nam Sabinka i Anetka (oraz Nuka) pieszo. Jestem niewyspany, gryzą mnie komary, hamulec coś ociera... nie podoba mi się to. Po dwóch km wracam z dziećmi (i dziewczynami) do domu i idę spać. Damian jedzie po "dwusetkę".

Odespawszy w końcu Bieszczady i trzy pracowite dni podejmuję kolejną próbę jazdy. Jedziemy (z Damianem i Wiktorem) do Warszawy po... Kosmę ;)

Jestem zachwycony ścieżkami rowerowymi. Prawie cała droga do dworca do rowerówka. Wiku robi kolejną życiówkę - 72km :-)
Jest dzielny.

Dzień 8 – Powrót

Sobota, 17 maja 2008 · Komentarze(4)
Dzień 8 – Powrót
Po śniadaniu żegnamy gospodarzy i ruszamy po oponę. Damian pierwszy (jak mówi pojedzie „powoli”), ja jeszcze chwilę marudzę i zaczynam go gonić. Mimo wystającego balona tak się rozpędził, że kiedy ja docieram do Ustrzyk, on już zmienia oponę w sklepie dyskutując ze sprzedawcą o KSU. Okazuje się, że w sklepie pracuje człowiek, który czasem z chłopakami grywa na koncertach.

Ostatnie zakupy pamiątek i ruszamy do Przemyśla. Oczywiście w miarę możliwości bocznymi drogami.

Po drodze Arłamów – długi podjazd. Dawny rządowy ośrodek wypoczynkowy, miejsce internowania m.in. Lecha Wałęsy. Sam ośrodek fajny, choć nie tak go sobie wyobrażałem (zbyt luksusowy jak na miejsce internowania?). Za to fantastyczny zjazd i podjazd pod samym ośrodkiem – trudno by go było z tej strony szturmować. Nowy rekord prędkości – bez pedałowania – 64,15km/h



Dalej Posada Rybotycka i „najstarsza zachowana cerkiew w Polsce, a zarazem jedyna obronna” – w rzeczywistości okazuje się być do bólu nieciekawa.



Chwila przerwy i dlaej w drogę.



Dalej trochę terenu (znów mi się podobało szaleństwo na zjeździe) i wylatujemy na DK28. Spokojnym tempem dojeżdżamy do Przemyśla.



Obiadek i... chyba opadamy z sił. Miasto piękne, zupełnie inaczej je sobie wyobrażałem, ale już chyba brakuje nam sił. Nie chce nam się zwiedzać. To chyba bliskość domu wywołuje w nas chęć odpoczynku.

Zostajemy na piwie. Nadchodzi czas odjazdu pociągu. Doprowadzamy rowery do dworca (po piwie nie jeździmy). Pakujemy się do przedziału, na szczęście jest rowerowy i… to już prawie koniec.

Mimo, że dzisiejszy dzień był już właściwie drogą powrotną, wcale nie był mniej fajny niż wszystkie poprzednie. Ale chyba już chcemy być w domu, choć na chwilę… ;)

<==Dzień poprzedni Dzień następny ==>

Profil trasy, mapa i alternatywny opis dnia na blogu Damiana

Bieszczady - dzień 7 – ciężki

Piątek, 16 maja 2008 · Komentarze(10)
Bieszczady - dzień 7 – ciężki
Otwieramy oczy i pada. Czy to źle? Czy musimy gdzieś jechać? Patrzymy po sobie chyba z nadzieją, że któryś powie „Otwieramy piwo i dziś przerwa”. Na szczęście nikt nie wymiękł (choć chyba było blisko) i mimo deszczu ruszamy w drogę. W planie Dolina Sanu. Stuposiany, za miejscem biwakowym ruszamy leśną drogą aby okrążyć Czeresznię i Czereszenkę. Fantastyczna jazda. Taki teren lubię. Podjazdy, zjazdy, kamienie, błotko, deszcz ale… wszystko umiarkowane.



Miejscami może być niebezpiecznie.



Po ok. 9-10 km przestaje padać. Dobrze, że pojechaliśmy. Wpadamy na „główną” drogę wiodącą do Mucznego, ale po chwili znów z niej uciekamy w stronę Łokcia. Jedziemy magiczną drogą wzdłuż ukraińskiej granicy.



Magicznej, bo na sporym odcinku są to płyty betonowe, a ściślej mówiąc to raczej żelbet. Niestety nadgryziony zębem czasu więc trzeba bardzo uważać, po co chwilę wystają z niego pręty. Chwila nieuwagi i można sobie zrobić krzywdę.



Nagle niespodzianka. Przejazd przez bród. O nie, dziś za zimno na moczenie nóg. Cofamy się i ukrytą w trawie i krzakach ścieżką trafiamy na mostek.



Mijamy Tarnawę Niżną i po kilku kolejnych km skręcamy w drogę donikąd. Sokoliki… wieś, której nie ma (po polskiej stronie), miejsce gdzie nawet droga się kończy, ale… musieliśmy tu przyjechać. Ten punkt wycieczki nie budził żadnych wątpliwości, bo… „świat się kończy w Sokolikach…” Tak śpiewa nasz ulubiony zespół i… trzeba to było zobaczyć na własne oczy.

Po stronie ukraińskiej zniszczona cerkiew



Bukowiec i zaskoczenie… tego domku na drodze kiedyś nie było, a tym bardziej nie było go… na moście.



Po chwili udaje się go przepchnąć przez most i ruszamy do cmentarza w Beniowej.





Tu niespodzianka. Dalej szlak prowadzi przez łąkę… niby tylko kilkaset metrów ale mokra trawa daje się we znaki. Do tego momentu było świetnie. Stąd jedzie mi się coraz ciężej. Dużo ciężej. Czuję, że słabnę. Nie pomagają kanapki, batoniki, IzoPlus.



Ledwo docieram do Wilczej Jamy. Odpoczynek, niezłe jedzenie i… wciąż nie mam siły. Odpuszczam dodatkową rundkę i jadę prosto na kwaterę. Damian jeszcze jedzie do Wołosatego (ponoć położyli nowy asfalt).

Wykąpany, z piwkiem, przy kominku witam Damiana, który oprócz piwa donosi, że rozwalił oponę. Niedobrze. Mamy dętki, ale opony zapasowej brak. Po krótkiej dyskusji i sprawdzeniu pociągów, decydujemy się na zmianę planów. Odpuszczamy jutrzejszy Otryt - Damian i tak nie dałby rady - i jedziemy przed południem do Ustrzyk po oponę. Jako, że będziemy na wylocie z Bieszczad, nie ma sensu wracać, pojedziemy stamtąd prosto do Przemyśla i nocnym pociągiem wrócimy do domu.
Skrócimy o jeden dzień wycieczkę, ale to chyba najlepsze wyjście.


<==Dzień poprzedni Dzień następny ==>

Profil trasy, mapa i alternatywny opis dnia na blogu Damiana

Bieszczady - dzień 6 – Sentymentalnie

Czwartek, 15 maja 2008 · Komentarze(7)
Bieszczady - dzień 6 – Sentymentalnie
Rankiem ruszamy w stronę Pszczelin. Oczywiście nie najkrótszą drogą. Przez Równię, gdzie oczywiście obowiązkowy postój obok jednej z najpiękniejszych (o ile nie najpiękniejszej) bieszczadzkich cerkwi.





Dalej Żłobek, Rabe i Czarna.



Potem odbijamy, aż pod ukraińską granicę. Michniowiec i Bystre. Nie wiem, czemu tak pasjonuje mnie ten kawałek Bieszczad. Dwie wioski zupełnie na uboczu, tuż przy granicy, wioski gdzie uwielbiam przyjeżdżać, choć to już faktycznie koniec świata. Może to ten spokój, może droga prowadząca do tego miejsca, znaczona przydrożnymi krzyżami. Nie wiem co to, ale coś w tym jest. Bystre – fantastyczna cerkiew, niestety koszmarnie zniszczona i zaniedbana.



Przykro na to patrzeć. Historia cerkwi to zresztą kolejna smutna historia tych ziem. Po wielu nie ma już śladu, większość została splądrowana, okradziona. Dziś wiele z nich pełni rolę kościołów katolickich. Najbardziej przerażające dla mnie było to, że na wiele lat nasze władze zmieniły ich przeznaczenie. Większość służyła jako… magazyny, spichlerze… straszne…

W drodze powrotnej zaskakuje nas deszcz (który to już raz grzmi w oddali). Przebieramy się, ale znów tylko trochę popadało. A właściwie tak nam się wydaje. Lipie i… zaczyna się ulewa. Zmoknięci docieramy do Lutowisk i zatrzymujemy się w pierwszym barze. Przerwa. Deszcz, wiatr, niedobrze to wygląda. Na szczęście, po kawie i małej przekąsce znów jest ładniej na zewnątrz.

Kolejna przerwa i kolejna śliczna cerkiew w Smolniku.



Stąd już tylko parę km do naszej kwatery w Pszczelinach. Dziwnie zmęczeni (a przynajmniej ja) zrzucamy sakwy i… Damian proponuje małą, wieczorną rundkę, po doskonale nam znanych terenach. Nie wiem czemu, ale mimo zmęczenia zgadzam się.

Pierwsza niespodzianka po chwili, kiedy okazuje się, że ruszyliśmy bez picia, tzn. wsypaliśmy IzoPlus do bidonów, ale… sklep z wodą był czynny tylko do 16. No cóż będzie śmiesznie. Tu niestety sklepy i knajpy rządzą się swoimi prawami. Czynne tylko sezonowo, tylko w dziwnych godzinach, z dziwnym zaopatrzeniem i czasem dziwnymi cenami. Trudno się dziwić, że takim powodzeniem cieszy się sklep objazdowy, który mijaliśmy po drodze.

Na szczęście w Dwerniczku jakaś budka-widmo. Nie wiadomo skąd i czemu tutaj, a na dokładkę otwarte. Kupujemy wodę i jedziemy dalej.

Cerkiew w Chmielu (i moja ulubiona drabina).



Cudem ocalała, po tym jak chciano ją spalić na potrzeby filmu „Pan Wołodyjowski”. Po prostu ręce opadają jak się o tym pomyśli, co ludziom do głowy przychodziło…

Wracamy, Dwernik, Nasiczne (to tu wiele lat temu narodziła się nasza miłość do Bieszczad).



Brzegi Górne i droga Ustrzyk Górnych. Długi podjazd (ale pokazujemy spotkanej młodzieży „kto tu rządzi”) i fantastyczny zjazd (wciąż się boję).



Ten znak mi się nie podobał.



Ustrzyki puste, czynny jeden sklep/knajpa. Zakupów tu specjalnie się nie da zrobić więc tylko coś szybkiego na ząb, piwo do kieszeni i do domu.



Wieczorek przy kominku (dziękujemy właścicielowi za uzupełnienie naszych skromnych chmielowych zapasów). Jak się okazuje zwiedzanie dobrze znanych miejsc też może być przyjemne. Kolejny fantastyczny dzień.


<== Dzień poprzedni Dzień następny ==>

Profil trasy, mapa i alternatywny opis dnia na blogu Damiana