Trochę interwałów na bieżni mechanicznej. Zdecydowanie lepiej niż poprzednim razem. Chociaż ciężko. Jak zawsze oprócz walki z kondycją była walka z psychiką. Na szczęście książka pomagała, pozwalała skupić się na tym co słuchałem, a nie na głupich myślach.
Po krótkim treningu siłowym postanowiłem dokręcić, a może raczej dobiegać... do setki - 100 km w styczniu. Rok temu było 300 km. Czy to coś znaczy, zmienia? Nie wiem...
Biegło się całkiem przyjemnie, choć na początku przeszły przez głowę myśli żeby skrócić. Ale potem się zasłuchałem w książkę ("Niebieski autobus") i jakoś poszło bez problemu, bez pośpiechu...
W planach dwie godziny treningu. I chwila wątpliwości... W cieple na siłowni - trochę monotonnie (choć oczywiście robiłem już takie treningi), czy na dworze, gdzie może być zimno i... mokro. Postanawiam zaryzykować i pobiec do lasu.
Na wszelki wypadek oddalam się od domu jak tylko się da żeby nie kusiło skrócenie treningu. :-) O dziwo nie jest bardzo mokro. Truchtam w spokojnym tempie, wolniej niż się spodziewałem, ale i warunki trochę przeszkadzają i (a może przed wszystkim) kondycja zerowa.
Trochę dłużej niż planowałem, ale za to bez zmęczenia (tak mi się wydawało, po godzinę po powrocie już czułem coś innego :-) ) i przy niskim tętnie. Wyjątkowo mało ludzi po drodze. Oczywiście nie przeszkadzało mi to :-)
Dziś podbiegi i zbiegi. Niestety nie dość, że zimno to jeszcze brak czasu. Ruszam po pracy na siłownię i wita mnie informacja, że... brak ciepłej wody. Trudno.
Robię trening na bieżni (z podbiegami). Potem morsowanie, czyli kąpiel pod lodowatym prysznicem.
Dziś po pracy ruszam do parku. Relatywnie ciepło więc trzeba to wykorzystać. W sumie z tym ciepłem to trochę przesadziłem i ubrałem się zbyt lekko... :-)