Jurajskie klimaty
Wtorek, 21 maja 2019
· Komentarze(3)
Kategoria Z kamerą wśród..., W towarzystwie, śląskie, od 100 do 200km, małopolskie
Jak co roku w planach firmowy wyjazd. W tym roku nieco nietypowy bo startujemy z Krakowa. Jak zawsze największym problemem jest ustalenie trasy - odpowiednio długiej/krótkiej, łatwej/trudnej, a przede wszystkim ciekawej i bezpiecznej. Ustalenie na mapie to jedno, a sprawdzenie w terenie to drugie. Dzięki wsparciu przyjaciół z Małopolski mamy zarys trasy i... nie mamy czasu na objazd. Przede wszystkim nie dopisuje pogoda, a kiedy już jest jako tako to my mamy inne plany. Od kilku dni wszelkie prognozy mówią, że dziś będzie ciepło i słonecznie, a przede wszystkim sucho. Bierzemy urlopy i do roboty.
Żeby sensownie dojechać do Krakowa muszę wstać ok. 3:30, ponieważ wybierałem jeszcze pizzę w jakiejś niemieckiej knajpie (taki miałem dziwny sen) to wstaję kwadrans później. To oznacza, że czasu na wyjście z domu niewiele. Kilka minut po czwartej ruszam na dworzec w Zabrzu. Puste drogi sprawiają, że docieram dość szybko. Niestety kasy czynne od 5:10. Bilet kupuję u konduktora. Na szczęście nie ma z tym problemu.

Chwilę potem jestem w Katowicach. Tu już kupuję kolejny bilet w kasie ucinając sobie z kasjerem pogawędkę o Szlaku Orlich Gniazd.
Czekam na pociąg, którym przyjedzie Amiga.
W pociągu super warunki, nawet fotele można rozłożyć tylko nie możemy znaleźć regulacji klimatyzacji - zakładam wiatrówkę, bo jest chłodno. Na dworze też jeszcze musi chłodno, bo z okien pociągu widzimy, że ktoś rozpalił ognisko.

Darek sprawdza pogodę i... okazuje się, że zapowiadane od kilku dni słońce gdzieś zniknęło, a zamiast tego czekają nas deszcze i burze. Super. Oczywiści przygotowani jesteśmy na słońce. Sprawdzamy na szybko oferty marketów, czy gdzieś nie ma promocji na ciuchy rowerowe. Przydałaby się choć jakaś kurtka przeciwdeszczowa. Niestety nic nigdzie nie ma. Trudno, zaryzykujemy.
Z dworca w Krakowie ruszamy przed ósmą. Na Starym Mieście nie ma tłoku.

Wzruszający pomnik.

Mijamy Wawel.

I kawałkiem Wiślańskiej Trasy Rowerowej docieramy do klubu kajakowego.



Stąd chcemy zacząć trasę.

Ruszamy, aparat w ręce.

Głównie skupiamy się na drodze, która potrafi się niespodziewania skończyć.

Kilometr drogi do Kryspinowa dość ruchliwy, potem już jest spokojnie. Wjeżdżamy do Doliny Mnikowskiej. Wjazd na wąski szlak nie zachęca, ale próbujemy.

Potem jest już pięknie. Pusto (ale to środek tygodnia) i zaskakująco.


Aż żal wyjeżdżać. Ruszamy. Cały czas lekko pod górkę :-) Krótki kawałek 79-tką nie jest taki straszny jak się spodziewaliśmy.
Wjeżdżamy do Doliny Będkowskiej. Kolejne piękne miejsce.


Zatrzymujemy się na kawę i ciasto bananowe w Brandysówce. Potem rzut oka na mały wodospad.

Chwilę później czeka nas teren. Błotnisty, nierówny i idący mocno pod górę. Można się zmęczyć.


Po drodze sporo podjazdów.




Wjeżdżamy na teren Ojcowskiego Parku Narodowego.



W końcu długi zasłużony zjazd.

Przy Bramie Krakowskiej zaczyna się robić tłoczno.

Królują wycieczki dzieci. Kilka zdjęć i uciekamy stamtąd.



Droga do Pieskowej Skały nie jest najciekawsza, ale też tragedii nie ma. Choć oczywiście cały czas pod górę. :-)




Do tej pory od Doliny Mnikowskiej cały czas czujemy pojedyncze krople deszczu. Teraz zaczyna regularnie padać. Wciąż jest to raczej kropienie, a nie ulewa, ale już regularne.
W Sułoszowej GPS prowadzi nas przez niezłą ściankę. Za to ruch mały i widoki piękne :-)

Potem długi odcinek nudnego asfaltu. Czujemy zmęczenie. Przed Troksem mam dość. Chwila przerwy.

Odcinek do Rabsztyna jedziemy piękny długim asfaltowym zjazdem, choć w planach mieliśmy teren.

W końcu czas na obiad.


Niestety zaczyna mocno padać, a prognozy jeszcze się pogorszyły. Za nami ponad 80 km (od dworca w Krakowie), zostało jeszcze 40 do Morska. W letnich ciuchach, w takich warunkach, przy takim zmęczeniu... Decydujemy się odpuścić. Najbliższy dworzec w Olkuszu. Tyle, że pociągi stąd jadą dość rzadko. Zaczekamy. W strugach ulewnego deszczu docieramy do dworca. Jak się okazuje od dawna nieczynnego. Chowamy się pod wiatą autobusową. Mamy około 1,5h czekania. Zimno i leje.
Decydujemy się podjechać w okolice Rynku, może znajdzie się jakiś lokal gdzie będzie można usiąść mając rowery na oku. Jest kawiarnia, siadamy w... ogródku. Lepsze to niż nic. Kelnerka niosąc kawę i ciacho zahacza o kierownicę jednego z rowerów i robi się małe zamieszanie :-)

Kończymy konsumpcję i ruszamy na dworzec. Jestem przemoczony. Darek też. Trzęsę się jak galareta. Na szczeście na peronie jest wiata, która chroni nas przed deszczem i wiatrem. Jeszcze tylko pytanie, czy pociąg przewozi rowery. Przewozi i jest miejsce. Super. I jest cieplej niż w porannym.

Sprawdzamy GPS-y. Suma przewyższeń jest.... duża. Jeśli dodamy do tego odcinek, który dziś ominęliśmy, to okaże się większa niż z Gliwic do Zakopanego.
W Katowicach żegnam się z Amigą i jadę do Zabrza. Tu już też leje, ale jeszcze nie tak jak w Olkuszu. W strugach deszczu docieram do domu.
Fajny dzień ale męczący. Trasa bardzo ciężka, choć sporo asfaltu.
Żeby sensownie dojechać do Krakowa muszę wstać ok. 3:30, ponieważ wybierałem jeszcze pizzę w jakiejś niemieckiej knajpie (taki miałem dziwny sen) to wstaję kwadrans później. To oznacza, że czasu na wyjście z domu niewiele. Kilka minut po czwartej ruszam na dworzec w Zabrzu. Puste drogi sprawiają, że docieram dość szybko. Niestety kasy czynne od 5:10. Bilet kupuję u konduktora. Na szczęście nie ma z tym problemu.

Na dworcu o świcie© djk71
Chwilę potem jestem w Katowicach. Tu już kupuję kolejny bilet w kasie ucinając sobie z kasjerem pogawędkę o Szlaku Orlich Gniazd.
Czekam na pociąg, którym przyjedzie Amiga.
W pociągu super warunki, nawet fotele można rozłożyć tylko nie możemy znaleźć regulacji klimatyzacji - zakładam wiatrówkę, bo jest chłodno. Na dworze też jeszcze musi chłodno, bo z okien pociągu widzimy, że ktoś rozpalił ognisko.

Komuś było zimno?© djk71
Darek sprawdza pogodę i... okazuje się, że zapowiadane od kilku dni słońce gdzieś zniknęło, a zamiast tego czekają nas deszcze i burze. Super. Oczywiści przygotowani jesteśmy na słońce. Sprawdzamy na szybko oferty marketów, czy gdzieś nie ma promocji na ciuchy rowerowe. Przydałaby się choć jakaś kurtka przeciwdeszczowa. Niestety nic nigdzie nie ma. Trudno, zaryzykujemy.
Z dworca w Krakowie ruszamy przed ósmą. Na Starym Mieście nie ma tłoku.

Jak tu pusto© djk71
Wzruszający pomnik.

Ten pomnik zawsze mnie wzrusza© djk71
Mijamy Wawel.

Rzut oka na Wawel© djk71
I kawałkiem Wiślańskiej Trasy Rowerowej docieramy do klubu kajakowego.

Wyświetlają, czy kręcą?© djk71

Tor kajakowy© djk71

Można i z kajakiem© djk71
Stąd chcemy zacząć trasę.

A może piłka zamiast roweru?© djk71
Ruszamy, aparat w ręce.

Ładnie to wygląda© djk71
Głównie skupiamy się na drodze, która potrafi się niespodziewania skończyć.

Niespodziewane zakończenie© djk71
Kilometr drogi do Kryspinowa dość ruchliwy, potem już jest spokojnie. Wjeżdżamy do Doliny Mnikowskiej. Wjazd na wąski szlak nie zachęca, ale próbujemy.

Wąski ten mostem© djk71
Potem jest już pięknie. Pusto (ale to środek tygodnia) i zaskakująco.

Tak można jechać© djk71

Obraz Matki Bposkiej Skalskiej© djk71
Aż żal wyjeżdżać. Ruszamy. Cały czas lekko pod górkę :-) Krótki kawałek 79-tką nie jest taki straszny jak się spodziewaliśmy.
Wjeżdżamy do Doliny Będkowskiej. Kolejne piękne miejsce.

Jedziemy i jedziemy© djk71

Sokolica© djk71
Zatrzymujemy się na kawę i ciasto bananowe w Brandysówce. Potem rzut oka na mały wodospad.

Wodospad Szum© djk71
Chwilę później czeka nas teren. Błotnisty, nierówny i idący mocno pod górę. Można się zmęczyć.

Trochę błota jest© djk71

Dajemy radę© djk71
Po drodze sporo podjazdów.

Same pagórki© djk71

I kolejny podjazd za nami© djk71

Są też podjazdy asfaltowe© djk71

Jest pięknie?© djk71
Wjeżdżamy na teren Ojcowskiego Parku Narodowego.

Drogi są różne© djk71

Szlak po trawie© djk71

I podjazdy szutrowe© djk71
W końcu długi zasłużony zjazd.

Na zjeździe i kostce© djk71
Przy Bramie Krakowskiej zaczyna się robić tłoczno.

Brama Krakowska© djk71
Królują wycieczki dzieci. Kilka zdjęć i uciekamy stamtąd.

Ślicznie tu© djk71

Są i zwierzątka© djk71

I owieczki są© djk71
Droga do Pieskowej Skały nie jest najciekawsza, ale też tragedii nie ma. Choć oczywiście cały czas pod górę. :-)

Super klimat© djk71

Uroczy kościółek na wodzie© djk71

Maczuga Herkulesa© djk71

W Pieskowej Skale© djk71
Do tej pory od Doliny Mnikowskiej cały czas czujemy pojedyncze krople deszczu. Teraz zaczyna regularnie padać. Wciąż jest to raczej kropienie, a nie ulewa, ale już regularne.
W Sułoszowej GPS prowadzi nas przez niezłą ściankę. Za to ruch mały i widoki piękne :-)

A tu już na górze© djk71
Potem długi odcinek nudnego asfaltu. Czujemy zmęczenie. Przed Troksem mam dość. Chwila przerwy.

Kolejny podjazd© djk71
Odcinek do Rabsztyna jedziemy piękny długim asfaltowym zjazdem, choć w planach mieliśmy teren.

W Rabsztynie© djk71
W końcu czas na obiad.

Pierożki :-)© djk71

Czas na piwo... zero procent© djk71
Niestety zaczyna mocno padać, a prognozy jeszcze się pogorszyły. Za nami ponad 80 km (od dworca w Krakowie), zostało jeszcze 40 do Morska. W letnich ciuchach, w takich warunkach, przy takim zmęczeniu... Decydujemy się odpuścić. Najbliższy dworzec w Olkuszu. Tyle, że pociągi stąd jadą dość rzadko. Zaczekamy. W strugach ulewnego deszczu docieramy do dworca. Jak się okazuje od dawna nieczynnego. Chowamy się pod wiatą autobusową. Mamy około 1,5h czekania. Zimno i leje.
Decydujemy się podjechać w okolice Rynku, może znajdzie się jakiś lokal gdzie będzie można usiąść mając rowery na oku. Jest kawiarnia, siadamy w... ogródku. Lepsze to niż nic. Kelnerka niosąc kawę i ciacho zahacza o kierownicę jednego z rowerów i robi się małe zamieszanie :-)

Kawa po przejściach© djk71
Kończymy konsumpcję i ruszamy na dworzec. Jestem przemoczony. Darek też. Trzęsę się jak galareta. Na szczeście na peronie jest wiata, która chroni nas przed deszczem i wiatrem. Jeszcze tylko pytanie, czy pociąg przewozi rowery. Przewozi i jest miejsce. Super. I jest cieplej niż w porannym.

Zamknięty dworzec© djk71
Sprawdzamy GPS-y. Suma przewyższeń jest.... duża. Jeśli dodamy do tego odcinek, który dziś ominęliśmy, to okaże się większa niż z Gliwic do Zakopanego.
W Katowicach żegnam się z Amigą i jadę do Zabrza. Tu już też leje, ale jeszcze nie tak jak w Olkuszu. W strugach deszczu docieram do domu.
Fajny dzień ale męczący. Trasa bardzo ciężka, choć sporo asfaltu.